— To pewnie ludzkie mieszkanie! — zawołał radośnie Placek, który też je dojrzał.

Skręcili w bok i zaczęli biec w tę stronę, gdzie się jarzyły dwa czerwone ogniki. Biegli z nadzieją, że ich ktoś przygarnie, nakarmi i napoi.

Wtem ogniki znikły, a po chwili znowu zapaliły się w dalekości.

— Biegnijmy! — krzyknął z rozpaczą Jacek.

— Tam, tam na lewo! — wołał zamierającym oddechem Placek.

Nadzieja dodała im sił. Zabiegli na jakieś moczary77, bo woda, bita ich nogami, bulgotała coraz częściej i opryskliwiej.

Kiedy się znaleźli w jakimś wilgotnym pustkowiu, dostrzegli, że otacza ich mętna, zimna, ciężka mgła. Wpadli w jej zgniłą toń jak w stęchłą wodę i nie widzieli nic prócz tych migotliwych światełek. Zbliżali się do nich z coraz większym trudem, płynąc raczej wśród tego mglistego jeziora, niż idąc.

Nagle strach chwycił ich za gardło, tak że nie mogli schwytać oddechu. Na jakiejś wyniosłości stało, mgłami owite, straszliwe widmo przypominające psa. Czerwone światełka to były oczy potwora, teraz już tak wielkie jak dwa czerwone księżyce. On sam zaczął rosnąć i olbrzymieć. Bura mgła tworzyła jego splątane kudły, głowa, zdawało się, sięga chmur. Kiedy patrzyli zlodowaciali od lęku, rozległo się po bagniskach przeciągłe wycie i potoczyło się aż po najdalsze krańce nocy: wycie bolesne, pełne rozpaczy i grozy. Widmo skierowało na nich swoje przerażające oczy.

Wtedy oni krzyknęli z wysiłkiem:

— Ratunku!