Nikt im nie odpowiedział, tylko widmo psa zawyło jeszcze boleśniej, potem się rozwiało we mgle. Zgasły straszne oczy, przebrzmiał przejmujący głos.
Chłopcy dygotali ze strachu i zimna. Jacek pochylił się do ucha Placka i wyszeptał:
— To był duch Łapserdaka!
— I mnie się tak zdaje — szczęknął zębami Placek.
— Jakie to szczęście, że był to pies łagodny za życia — szeptał Jacek. — Ale gdzie my jesteśmy?
— Nie wiem... Musimy wyjść z tego bagna... Chodźmy!
Uszli z trudem kilka kroków i nagle zapadli w jakąś czeluść.
— Ssssss!... Sssss!... — usłyszeli ciche, jadowite syczenie.
— Węże! — krzyknęli z rozpaczą. — Uciekajmy!
— Nie uciekajcie! — odezwał się syczący głos. — Odpocznijcie sobie... Sssss! Nie zrobimy wam nic złego... Sssss! Są tu złe węże i jadowite żmije, które zabijają każdego... Śmierć! Śmierć! Ale wam nie zrobimy nic złego... Sssss!