— Czemu? — zapytał ostatnim tchem Jacek.

— Bo wy jesteście nasi bracia... Sssss! My jesteśmy nakrapiane i wy też jesteście nakrapiani... Sssss! My jesteśmy węże i wy też jesteście węże...

— My jesteśmy ludzie! — krzyknął Placek.

— Nie, braciszku! Ssss! Ty jesteś wężem, a twój brat jest żmiją... Matka wykarmiła was i wyhodowała na własnej piersi... Ssssss! A wy ukąsiliście ją w samo serce... Nic złego wam nie zrobimy... Jesteście żmije... Żmije... Ssss...

Rozdział szósty, w którym Jacek i Placek spotykają wielkiego filozofa Patałłacha

Jacek i Placek straszną noc przebyli w trzęsawisku. Nie rozumieli dobrze dlaczego, ale wstyd ich palił, że jadowite żmije i oślizgłe węże nazywały ich swymi braćmi. Pojąć nie mogli, dlaczego najlepszy pies na świecie czy też jego upiór wył smutno ponad nimi, zawiódłszy ich przedtem na bagna, gdzie łatwo mogli utonąć. Bolała ich straszna wzgarda mądrego, starego kruka.

Bali się poruszyć, aby nie zbudzić kłębowiska syczących wężów. Leżeli w jakimś wilgotnym wykrocie78, przytuleni do siebie i mocno zastrachani. Zasypiali od czasu do czasu z wielkiego zmęczenia, ale spali krótko, snem niespokojnym i gorączkowym. Ile razy sen skleił im oczy, budziły ich po chwili jakieś dzwonienia i jękliwe westchnienia. Wciąż im się zdawało, że gdzieś z wielkiej oddali goni za nimi poprzez mgły tęskny, rozpłakany głos, który już przedtem słyszeli na pustkowiu.

Często wśród tej mokrej, mgłami otulonej nocy padało na nich coraz to nowe przerażenie. Przed samym świtaniem ujrzeli w lepkim, drżącym od zimna mroku nowe widmo, biegnące ku nim olbrzymimi krokami. Ogromny potwór zbliżał się cicho i tylko czasem słychać było bulgotanie wody pod jego nogami. Miał straszliwy łeb, nisko zwieszony ku ziemi, a na nim rogi, szerokie jak łopaty; bódł79 nimi gęstą mgłę i zbliżał się coraz bardziej. Nagle przystanął i począł wietrzyć chrapami, jakby ich poczuł w pobliżu; wtedy prychnął w wielkim gniewie i pocwałował przez bagna. Nie wiedzieli, że to był łoś, ale wedle tego, co ich dotąd spotkało, byli przeświadczeni, że jakiś piekielny upiór przybiegł z daleka, aby im okazać swój gniew i wzgardę.

Jeden drugiemu tego nie powiedział, ale obaj myśleli o tym równocześnie, jak by im było dobrze i bezpiecznie w tej chwili w domu, przy matce, która zawsze budziła się ze snu, niespokojnie nasłuchując, ile razy który z nich westchnął przez sen. Gdzie ona teraz, ta matka? Mieli żal do niej, że tu po nich nie przyszła i nie wydobyła ich z legowiska wężów.

Skoro80 słońce zegnało znad moczarów siwe mgły, jak pasterz spędza ciężkie i leniwe krowy z pastwiska, znowu wstąpiła w nich odwaga. Ujrzeli, że przebyli noc w zapadłej dziurze, na jakiejś kępie. Węże znikły, dookoła nie było żadnej żywej istoty. Wydostali się szybko ze wstrętnego legowiska i skacząc z kępy na kępę, wydostali się na suchą ziemię. Wyglądali żałośnie. Obłoceni i sponiewierani, znużeni i zgłodniali, odarci przez chaszcze, pobici przez leszczyny i podrapani przez głogi wlekli się z trudem przed siebie. Pod samotnym dębem znaleźli opadłe żołędzie i poczęli je pożerać łapczywie. Schwytali kilka spokojnie wędrujących ślimaków i połknęli je na surowo. Widać, że duch tych urwipołciów mieszkał w żołądku, bo kiedy się najedli, zaraz nabrali ducha81: zapomnieli o wszystkim, przespali się, poszli dalej. Tuż koło dębu szemrał strumyk, nie umyli się jednak, uważając ten zabieg za zbędny.