— Dobrze. Jest to młody zbójca i niech się potrudzi, a my pójdziemy spać. To był lichy połów, ci dwaj nakrapiani chłopcy. Coraz gorzej jest z naszym rzemiosłem... Jutro ich weźmiemy na męki, a teraz spać!
Zbójcy zaszemrali i zaczęli zgrzytać!
— Co to ma znaczyć?! — krzyknął kapitan. — Czy to bunt?! Ha! Takie ciężkie czasy, a wam bunty w głowie? Czy chcecie, bym każdego z osobna powiesił?!
Wśród zbójców podniósł się szmer i rósł coraz bardziej; wszyscy zaczęli ciskać błyskawice z oczu, prócz zbójcy Kartofla, który spał, ale i on coś gadał przez sen.
— Aaa! Więc to bunt! — ryknął kapitan.
— Tak, kapitanie. Niech Robaczek mówi...
— Gadaj! — zawołał kapitan. — Czego chce ta banda?
Robaczek stanął szeroko na nogach, odłamał szczyt wysokiej jodły, zgrzytnął zębami tak, jakby kto gryzł orzech, i huknął.
— Niesprawiedliwość dzieje się nam, kapitanie!
— Kto jest temu winien?