— Ty sam!
— Czy chcesz, abym ci mieczem przebił wątrobę?
— Nie chcę tego, kapitanie, ale sam kazałeś mówić. Chcę ci tedy powiedzieć, że nasze czcigodne zgromadzenie jest oburzone tym, coś ty, kapitanie, wczoraj uczynił.
— A cóż ja takiego uczyniłem?
— Powiem ci, jeśli udajesz, że zapomniałeś. Stojąc na czatach za miastem, na wzgórku, u słupca209, podsłuchałeś, jak się dzieci modlą, aby ich ojciec szczęśliwie powrócił. Niedługo potem nadjechały wozy ich ojca, bogatego kupca. Rzuciliśmy się na nie, a ty spędziłeś bandę precz z drogi, wypuściłeś wolno kupca i jego bogactwa i kazałeś mu jechać w miasto, przemówiwszy łaskawie do dzieci i prosząc je o modlitwę. Cha! Cha! Ty, herszt sławnych zbójców, prosiłeś o paciorek, ale przez te twoje zachcianki my straciliśmy niezmierne skarby. Prawda to wszystko czy nieprawda?
Herszt podumał chwilę i rzekł:
— To wszystko prawda, wypuściłem kupca.
— Czemuś to uczynił?
— Bo i ja mam żonę, a u mojej żony jest synek taki maleńki jak ten, co się rzewnie modlił do Boga.
— Co nam twoja żona i twój syn! Jesteś hersztem zbójców.