Jacek i Placek, którzy słyszeli całą rozprawę zbójców, wytężyli słuch.

— Mieszka tam obłąkany książę ze swoim dworem, wśród takich bogactw, że każdemu z was oko zbieleje, kiedy je ujrzy. Podwórzec wykładany jest złotem, broń sadzona diamentami, nawet ludzie są złoceni.

— Nadzwyczajna to jest cnota, gdy się zęby ma ze złota — rzekł z uznaniem Łapiduch.

Robaczek, który już powyrywał wszystkie rosnące w pobliżu drzewa, chwycił za nogę zbójcy Kartofla i byłby mu ją wyrwał, gdyby nie zezowaty Drapichrust, który ujrzawszy to skośnym okiem, powstrzymał go.

— Trudno temu iść we drogę, komu nagle wyrwą nogę — wtrącił ostrzegawczo Łapiduch.

— Kiedy zdobędziemy ten zamek — wołał kapitan — będziemy bogatsi od króla. Będziemy rozsypywać perły i rozrzucać złoto. Nasze konie będą kute złotymi podkowami. Każemy sobie wysadzić diamentami buławy... Czemu śmiejesz się, Krwawakiszko?

— To z rozczulenia! — śmiał się wesoły zbójca.

— A ty czemu płaczesz, Trzęsionko?

— To ze wzruszenia! — odrzekł zbójca.

— Pójdziemy jutro w drogę! — wołał kapitan. — Jest ona długa i ciężka, bo przedtem musimy zetrzeć w proch jednego czarownika, który ma jedno oko z przodu, a drugie z tyłu, ale ma też skarby niezmierne.