— Dobrze temu jest na świecie, co kupuje futro w lecie — rzekł mądrze Łapiduch.

— A cóż uczynimy z jeńcami? To jakieś sprytne ptaszki, co udają żebraków, a przecież Rozporek widział na własne oczy, jak nieśli jakieś ciężkie złoto, które przeświecało przez płachtę.

— Widziałem! — pisnął cienkim głosem chudy zbójca. — Wrzucili je potem do wody.

— Wielkim musi być niecnotą, kto do wody rzuca złoto! — orzekł zgorszony Łapiduch.

— Muszą nam powiedzieć, gdzie się ono znajduje. Najlepiej będzie, jeśli ich tu zostawimy pod strażą Nieboraka, który będzie pilnował ich i naszych skarbów, a kiedy powrócimy, przypalimy im pięty.

— Nie zabieży ten daleko, komu pięty raz przypieką! — westchnął poczciwie Łapiduch.

— Hej! Nieboraku! — zawołał kapitan.

Młody zbójca, pilnujący chłopców, zbliżył się z lękiem.

— Czy słyszałeś, o czym to mówiliśmy?

— Słyszałem, kapitanie!