— Na tym wzgórzu spotkaliśmy kobietę, która nocami paliła wielki ogień, aby jej syn, którego oczekiwała, mógł przejść drożyną przez bagna.

— O Jezu! — krzyknął zbójca.

— Co ci się stało, panie? — zawołał przelękniony Jacek.

Zbójcą wstrząsało łkanie.

— Mówisz, że paliła ogień? — pytał wśród łez.

— Tak, panie. Noc w noc gorzał ogień, a ona wypatrywała oczy. A we dnie wywieszała z daleka widną czerwoną chustę.

— Tak, tak... Chusta była czerwona...

— Czy znasz, panie, tę kobietę? — zapytał Jacek.

— To moja matka! — jęknął zbójca, a ogromne łzy potoczyły mu się po twarzy.

Chłopcy spojrzeli na siebie ze zdumieniem, rozmyślając, jak dziwne są wyroki Opatrzności; jednakże ze zdumieniem jeszcze większym patrzyli na tego dziwnego zbójcę, co jak dziecko płakał na wspomnienie matki. Wielki wstyd zalał im serca: oto dziki zbójca, z kindżałem215 za pasem, jest lepszy od nich, bo oni wspomnieli matkę dopiero w nieszczęściu i biedzie, on zaś ronił łzy na samo jej wspomnienie.