— Co to jest? — zapytał niepewnie Placek.

— Pomada mojego wyrobu — rzekł z dumą Mortadella.

— W konie! — wrzasnął Jacek i pognali jak wicher, zostawiwszy w niepomiernym zdumieniu hrabiego Mortadellę i jego pomadę.

Zadudnił most, a za chwilę pędzili urodzajnym krajem. Ominęli miasto, na którego widok Jacek i Placek poczuli jakieś niemiłe swędzenie pięt, i zmieniwszy nieco kierunek, jechali aż do wieczora wśród bujnych zbóż. Zatrzymali się na widok chłopa, który dojrzawszy ich, uśmiechnął się i zapytał:

— Czy zdrowi jesteście, jaśnie wielmożni panowie?

— Dziękujemy wam, jesteśmy zdrowi! — odrzekli.

— To bardzo dobrze, gdyż zmartwiłbym się, gdyby było inaczej.

— Powiedzcie nam, dobry człowieku — zapytał drżącym głosem Nieborak — czy są tu w pobliżu bagna?

— A czemuż by nie miały być? Zawsze były, to i są.

— A daleko?