— Ale — dodał — przez bagna nocą się nie przedzierajcie, bo tam nikt żywy w ciemności nie przejechał. Trzeba czekać dnia.
— Bóg nas przeprowadzi! — rzekł ze wzruszeniem Nieborak.
Kiedy minęli wyzłocone pola i przebyli nieurodzajne, karłowatymi krzakami porosłe pustkowia, wyszedł naprzeciwko nich wieczór, siwymi mgłami zasnuty. Po wilgotnej woni powietrza poznali, że dookoła rozlały się dymiące oparami bagna. Jechali ostrożnie ledwie widną drożyną, zygzakiem pełzającą wśród zdradliwej zieleni.
Chłopcy zawahali się.
— Bracie — rzekł nieśmiało Jacek — czy nie lepiej doczekać się dnia?
— Pozostańcie, jeśli chcecie — rzekł Nieborak — ale ja pojadę. Moja matka czeka na mnie.
— Pojedziemy razem! — rzekł Placek.
— Przypominam już sobie tę drogę — mówił Nieborak, bystrze patrząc w mrok, ciężko oddychający mgłami.
— Słychać jakieś głosy... — szepnął z trwogą Jacek.
— Bagno zawsze gada — odparł Nieborak. — Tylko góry milczą, które są dostojne.