Jechali w milczeniu, czasem tylko czyniąc na piersiach znak krzyża, kiedy daleko na bagniskach zapłakało coś rozdzierającym głosem.
— Bóg jest z nami — mówił wtedy Nieborak.
Na niebie nie było ani jednej gwiazdy, jak gdyby nie chciały świecić nad zatęchłym225 oparzeliskiem226. Jednakże jedna z nich musiała się od niejakiej chwili litościwie zapalić krwawym blaskiem, bo na nieboskłonie ukazało się migotliwe światełko.
Jacek dojrzał je pierwszy i rzekł drżącym głosem:
— Już nie zginiemy.
Spojrzał niedawny zbójca i nagle wielki szloch wstrząsnął jego piersią.
— O, matko moja! — zawołał. — Światłości wśród nocy, gwiazdo promienista!
Chłopcy poczuli łzy na rzęsach.
Kierując się światłem, co wciąż rosło, pognali konie. Coraz bliżej, coraz bliżej widzieli przed sobą płomienisty szczyt wzgórza. Nieborak dotknął ręką tego miejsca, gdzie łopotało jego serce. Jechał na przedzie i spojrzeniem, jak ostrym pazurem, rozdzierał mrok, coraz bardziej rzednący i coraz mocniej malowany różowym odblaskiem ognia. Kiedy zaś poczuli twardą ziemię, pognali konie w cwał. Mrok uciekał przelękły przed tą gromadką purpurowych jeźdźców w purpurowym blasku. Pędzili szybko pod górę, aż nagle przystanęli zdyszani, wpatrując się jak oczarowani w ognisko.
Cisza była wielka. A wtem ozwał się słaby, jakby łzami nabrzmiały głos: