— Czy to ty nadchodzisz, mój synu?

— To ja, to ja, matko moja! — zawołał Nieborak.

Ogień strzelił w górę pysznym płomieniem, zaśpiewała noc.

Chłopcy patrzyli przez łzy, jak biedna kobiecina, słaniając się z nadmiernego szczęścia, ściska i okrywa pocałunkami najdroższą głowę klęczącego u jej stóp syna.

Nie ma w języku ludzkim takich słów, napęczniałych od niezmiernej miłości, i nie ma słów tak rzewnych, a zarazem tak uśmiechniętych, aby można nimi wypowiedzieć szczęście tej bohaterskiej matki i jej syna. Słońce już wstało, a oni, śmiejąc się i płacząc na przemiany227, jeszcze się witali. Chłopcy patrzyli na to z cichą zazdrością, ale i w nich rozpłakały się serca z wielkiego szczęścia, kiedy kobieta ucałowała ich głowy i rzekła synowi:

— Już sił nie miałam, ale ci dobrzy chłopcy mnie poratowali. Gdyby nie mieli matki, ja bym nią była dla nich.

— Wracają właśnie do swojej matki — rzekł Nieborak — i wiozą dla niej wiele dobytku.

— Przecie to wszystko twoje — rzekł Jacek.

— O nie, bracia moi, wasze jest to, co jest na dwóch koniach! Jedźcie czym prędzej, bo nie macie chwili do stracenia!

Odjechali, spoglądając przez łzy na to ogniste wzgórze. Słońce przeprowadziło ich przez bagna na bezpieczne ziemie. Jechali smutni, z wielkim ciężarem na sercach, wspominając minione. Nieborak zastał swoją matkę przy życiu, czy oni znajdą jeszcze swoją? Czy nie zabiła jej boleść i ich niewdzięczność? Czy nie zamordował jej głód? Czy tęsknota nie wypiła z niej życia?