— Z całego serca — odpowiedział starzec.

— Nie jesteśmy godni! — szepnął Jacek. — Ale uczyń to, święty człowieku.

— Nie ma takiej winy, której by nie można zmyć łzami żalu i skruchy — odrzekł słodkim głosem staruszek. — Błogosławię was, kimkolwiek jesteście.

Spojrzał mądrymi oczyma na ich wzruszone twarze, po czym się uśmiechnął.

— Witajcie mi — rzekł. — Co słychać na dalekim świecie?

— Wszędzie ludzie pracują i bardzo się męczą — odpowiedział Jacek — a złoto przyprawia ich o utratę zmysłów. A co się zdarzyło u ciebie, najlepszy człowieku? Byliśmy kiedyś w tych stronach i radzi byśmy wiedzieć.

— Spokojne tu jest życie — mówił stary człowiek — ale raz zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Jednego wieczora znikł tutaj z nieba księżyc w pełni. Było to niedawno po tym, jak uzdrowiłem ziołami i modlitwą jedną kobietę, która miała władzę odjętą w nogach i którą syn przyniósł z daleka we własnych ramionach.

— Czy być może? — wykrzyknął Jacek.

— Ptaki mi opowiadały, że dwaj nicponie ukradli księżyc chytrym sposobem.

— A co się z nimi stało?