Rozdział siódmy, w którym ludzie i zwierzęta starają się nadaremnie puste głowy Jacka i Placka napełnić olejem mądrości
— Gdybym kiedykolwiek dopadł Patałłacha — mówił Jacek, wędrując z Plackiem piąty dzień przez bezdroża — marny byłby jego los.
— Wyrwę mu ogon — groził Placek — aby go mógł wreszcie zobaczyć.
Tak narzekając na nieuczynność zwierzaka, co nie chciał dla nich pracować, wywołując w nich tym nierozumnym postępkiem wielkie zdumienie, wędrowali wciąż na zachód; żywili się mizernie, czym się zdarzyło, w każdym razie nie lepiej od swojego wroga Patałłacha. Zbliżali się coraz bardziej do okolic zaludnionych, bowiem widzieli czasem z oddali ludzkie siedziby albo sine dymy z kominów. Bali się jednakże zbliżyć do ludzkich osiedli, zewsząd bowiem dobiegały ich naszczekiwania psów, które przejmowały ich przeraźliwym lękiem od czasu, kiedy na bagnach ujrzeli widmo straszliwego psa.
Zapomnieli zupełnie o rodzinnym miasteczku, zapomnieli o matce. Człowiek, który wychodzi z domu na obczyznę, ciągnie za sobą przez cały świat cieniutką, niewidzialną niteczkę. Jej początek przywiązany jest do drzwi rodzinnego domu, a nić odwija się z serca jak z czerwonego kłębka. Czasem tylko śmierć, bardzo smutna, przecina nożycami tę purpurową niteczkę. Jednakże ci chłopcy zerwali ją tuż za progiem swojego domu. Wlokła się za nimi niejaki czas, jak niteczka krwi, lecz już jej nie widać. Już by nie znaleźli powrotnej drogi, idąc jej śladem. Zdawało im się, po kilku zaledwie dniach, że całe lata minęły od chwili, kiedy uciekli z domu. Za nimi na przebytej drodze legła mgła zapomnienia, a w ziemi rozwarła się głęboka przepaść. Nie wiedzieli, jak bardzo nieszczęśliwy jest człowiek, który cisnął w odmęt niepamięci wszystkie wspomnienia. Nie wiedzieli tego nieszczęśni chłopcy, że czasem dusza człowieka musi się napić ze świętego źródła wspomnień, aby się orzeźwić, kiedy jest zmęczona, aby ozdrowieć, jeśli jest chora. Nie wiedzieli o tym, że nawet kiedy trud życia okryje się siwizną, wtedy wśród samotnej nocy można znaleźć światełko w ciemności, wspomniawszy owe bezgrzeszne lata chłopięce, najcudowniejsze i najsłodsze. Ten, co wydarł sobie z pamięci wszystkie święte wspomnienia, myśli, że jest wolny i że mu jest lekko na duszy, bo zbył ciężaru. O, nieszczęśliwy! Kiedyś poczuje, że jest sam, i poczuje, jak mu serce ziębnie, jakby znalazł się na lodowatej pustyni. Wtedy w wielkim smutku woła swojej matki, ale głos wyschłego serca niedaleko doleci.
Nie myśleli o tym wszystkim ci dwaj włóczędzy. Na razie było im dobrze, choć głodno, ale słońce świeciło bujnie, ziemia kwitła, szumiały wody. Nikt ich nie zmuszał do pracy, nikt od nich niczego nie żądał. Szli przez kraj piękny i bogaty. Pomyśleli, że tu się chyba zaczyna ta ziemia obiecana, w której nie potrzeba pracować. Z wielkim tedy zdumieniem przystanęli jednego razu z boku lasu, ujrzawszy maleńką mrówkę, co z ogromnym trudem wlokła krętymi ścieżynkami wśród traw gałązeczkę dziesięć razy większą od niej. Ciężka to musiała być praca, ponad siły tego owada, mrówka bowiem często przystawała w drodze albo wywracała się pod brzemieniem87, jednak na chwilę nie przerywała swojego trudu, bardzo się śpiesząc i gramoląc się pod ciężarem, jeśli ją przygniótł.
Jacek rzekł:
— Widziałem obłąkanego barana, który oszalał ze strachu przed nami, widzieliśmy osła, który głupio oszalał od nadmiaru mądrości, ale nie widziałem jeszcze obłąkanej mrówki. Patrz, Placek, przecie ona dźwiga całe drzewo.
— Nierozumna istota! — zawołał Placek z pogardą.
— Ma na własność ogromny las, a dźwiga w upale gałązkę. Widać, że w tych okolicach panuje jeszcze szaleństwo pracy. Ach, cóż to za przebrzydły owad! — krzyknął Jacek.