Mówiąc to, nadeptał nogą biedne stworzenie.
— Teraz sobie odpoczniesz — zawołał, śmiejąc się.
Jeszcze nie skończył mówić, a już inna mrówka zjawiła się nie wiadomo skąd na drożynce88 i poczęła wlec gałązkę z taką zapamiętałością, jakby jej życie zależało od tego, czy ją dowlecze tam, gdzie powinna. Chłopcy przypatrywali się ze wzgardą temu straszliwemu trudowi, po czym Placek przydeptał ją. Zabili tak trzecią, czwartą i dziesiątą. Mrówki, nie zważając na rzeź, przerażone, lecz bardziej pracowite, wyległy całym tłumem. Bose nogi Jacka i Placka wgniatały je w ziemię, bowiem chłopcy uczynili sobie straszliwą zabawę z mordowania niewinnych stworzeń. Śmiejąc się głośno, skakali jak opętani, szerząc zniszczenie. Jednakże w jednej chwili ogarnął ich niepokój i poczuli, że coś po nich łazi, po plecach, po nogach i po rękach. Krzyknął wreszcie przeraźliwie Jacek, krzyknął jeszcze przeraźliwiej Placek. Sto mrówek usiłowało wydrzeć sobie tragiczną gałązkę, a tymczasem tysiące uczyniły wyprawę na Jacka i Placka. Dotąd skakali wesoło, teraz jednak zaczęli skakać jeszcze wyżej, ale nieco smutniej. Zaczęli biegać, wyjąc jak opętańcy89: kiedy Jacek drapał się po brzuchu, Placek począł tarzać się po ziemi, ległszy na plecach. Nic to jednak nie pomogło. Pracowite zwierzątka dopiero teraz pokazały swą sumienną pilność, jak gdyby postanowiły nie pominąć najmniejszej cząsteczki na ich skórach. Gdyby w tej chwili odbywały się zawody sportowe, Jacek otrzymałby pierwszą nagrodę za skok wzwyż, a Placek za skok w dal. Jeleń nie czyni takich susów, jakie czynili oni; najdzikszy Indianin tańcząc taniec wojenny, nie wydaje tak straszliwych okrzyków, jakie oni wydawali. Poczęli płakać, skomleć i wyć. Wreszcie Jacek wydobył z siebie jaki taki ludzki głos:
— Skaczmy w wodę! — krzyknął.
— Gdzie jest woda? — zawył Placek.
— Nie wiem... — płakał Jacek. — Nie widzę...
— Uciekajmy! — darł się Placek.
Zaczęli biec na złamanie karku, a mrówki jechały na nich, zupełnie nie przerywając swojej wesołej pracy i ciesząc się zapewne, że bez wielkiego trudu zwiedzą dalekie okolice. Wreszcie ukazała się rzeczułka, w którą Jacek i Placek skoczyli jak dwa szczupaki. Zanurzyli się kilka razy z głową i tkwili w wodzie, nie śmiejąc z niej wyjść. Nagle zadrżeli, bo coś obok nich strzeliło jakby z pistoletu. Rozległ się mocny głos podobny do klaśnięcia. Obejrzeli się ze strachem i ujrzeli dziwne stworzenie, które z wielkim gniewem tłukło płaskim ogonem o wodę, jak czasem kobiety bielące płótno biją w nią kijanką90. Wiele innych stworzeń siedziało na grobli, która przecinała rzeczułkę, tworząc sztuczną zatokę, i mądrymi oczyma przypatrywało im się z niesmakiem. Ten zaś zwierz, który zrobił sobie strzelbę z ogona, klasnął jeszcze kilka razy, wreszcie wrzasnął:
— Precz z wody, kocmołuchy91!
— Zaraz wyjdziemy — rzekł Jacek, szczękając zębami — ale pokąsały nas mrówki i musimy uśmierzyć ból.