Stary bóbr spojrzał na nich z gniewem i ze smutkiem równocześnie.
— Z wami? — rzekł, sapiąc. — Z wami? W najbliższym mieście zdarlibyście z nas skóry i sprzedali na futra. Hej, wy oberwańcy, zdechłe żaby, nakrapiane jaszczurki, glisty ziemne, czerwonoportkie basałyki93! Byłbym wam przebaczył, żeście nam zmącili wodę, choć widzę, że już kilka ryb, oczadziałych94 z powodu waszego zapachu, pływa po niej brzuchami do góry. Tego wam jednak nie przebaczę, że gadacie obmierzłe95 głupstwa nam, zwierzętom mądrym i pracowitym. Jak śmiecie obrażać bobry? Dość tego! Bóbr umie przegryźć gruby konar drzewa, a wy się zaraz o tym przekonacie. Złapiemy was i obetniemy wam zębami chude patyki waszych nóg. Hej, bracia bobry! Złapać mi tych drapichrustów96!
Jeszcze nie skończył swojej głośnej przemowy, a Jacek i Placek już byli daleko: gnali tak, jakby im kto pięty przypiekał żelazem. Słyszeli poza sobą od strony wody wesoły śmiech i ucieszne klaskanie wody bitej ogonami.
— To są jakieś straszne figury97 — mówił, odpoczywając, zadyszany Jacek.
— Budują domy — rzekł Placek z mimowolnym podziwem.
— I ciężko pracują — dodał Jacek. — Pomyśl, jak straszliwie zepsuty jest cały świat: czy wszystek świat pracuje? I jeszcze się taki zwierzak obraża, kiedy mu zaproponowałem życie bez pracy!
— Z tego widać, że musimy być jeszcze bardzo daleko od błogosławionego kraju.
— A Patałłach może już tam dobiegł?
— Nie wspominaj mi tego bydlaka. Gdyby tam był, już byśmy o tym wiedzieli, bo ryczałby z nadmiernej uciechy na sto mil.
— Osły mają zwykle szczęście!