— To jest bardzo zabawne — rzekł Jacek. — To są śmieszne stworzenia.
— Ale spośród pracujących jedyne roztropne, bo przygotowały dla nas miód. Nigdy nie jadłem miodu, słyszałem jednak o nim wiele dobrego. Właź, Placek! Jazda!
Placek tak drżał z radości, że wdrapał się na drzewo jak wiewiórka.
— Wsadź tam rękę i wyciągaj miód!
— Zrobione! — wołał z góry Placek. — Ratunku!
— Czego się drzesz?
— Ratunku! — ryczał Placek, padając jak gruszka na ziemię.
— Co ci się... — zaczął mówić Jacek niespokojnie, ale nie skończył, bo zawył, jak by sam Patałłach nie potrafił.
Porwali się do ucieczki, ale nad nimi i dookoła nich brzęczał rój pszczół w wielkim, straszliwym i sprawiedliwym gniewie; zapamiętały się i cięły, gdzie się dało. Bzykały i szemrały, atakując ich głowy, te zaś, które z powodu zbytniego tłoku nie mogły się do nich dostać, uważały, że ręce i bose nogi nie są też najgorszym terenem do bitewnych operacji, a jeśli idzie o stopień wykształcenia, to i głowy, i nogi na tej samej stały wysokości. Jacek i Placek darli się wniebogłosy; napad mrówek był zaledwie zabawką wobec napadu tej rozgniewanej chmury fabrykantów99 miodu. Był to potężny i zapamiętały w gniewie wróg, zajadły i bitny100. Widać, że praca dodaje takich sił do walki i do obrony tego, co się w trudzie wypracowało. Łatwo to było spostrzec każdemu, ale ani Jacek, ani Placek nie mieli czasu do rozważań, pragnęli tylko uciec z życiem. Żal było patrzeć na tę nierówną walkę, któż jednak miał się nad nimi użalić, choć ich płacz i jazgotliwe narzekanie słychać było na dziesięć mil dookoła.
— Ratunku! — krzyczał Jacek.