— O matko!... — płakał z wielkim szlochem Placek.

Zaledwie wezwał matki, zdawało im się, że słyszą głos.

— Do mnie! Do mnie! — wołał ktoś ku nim; ktoś, kogo nie widzieli, bo oczy mieli zapuchłe.

Biegli jednak ku temu głosowi, z trudem i ostatkiem sił, bo ciała mieli poranione i pokłute, i czuli, że brzękną i przedziwnie tyją. Potoczyli się jak bezwładne kule z jakiegoś wzgórza i poczuli, że ktoś ich chwycił w ramiona. Otwarli z wysiłkiem oczy i patrząc jak przez szparki, ujrzeli, że są w małym brzozowym gaju i że jakiś staruszek, chroniąc ich od pszczół, przemawia do straszliwych owadów słodkim głosem. Pszczoły huczały, wciąż gniewnie i niespokojnie, lecz coraz ciszej, jakby je ukoił ten dobry głos.

Staruszek mówił śpiewnie:

— Odlećcie, odlećcie już, siostry moje. Kwiaty pachną i nie czas na wojnę... Ci chłopcy nie chcieli wam uczynić krzywdy, ale młode to i lekkomyślne... Uspokójcie się, siostrzyczki, i zgaście swój gniew... No, cicho już, cicho!... Wracajcie do domu, bo królowa się niepokoi... Patrzcie, jak strasznie pocięci są ci chłopcy. Już dość, już dość! Nigdy nie należy karać śmiercią... Cicho, cicho, cicho... Niech wam kwiaty pachną, niech się czerwienią i błękitnią... Ludu pracowity, odlatuj, odlatuj...

Kiedy tak mówił, jak gdyby śpiewał starodawną pieśń, coraz ciszej czyniło się dookoła, a po dłuższej chwili nie widać było ani jednej pszczoły.

Chłopcy siedzieli, wciąż jeszcze przerażeni, rękoma wodząc po swoich nabrzmiałych twarzach; chudzi dotąd, teraz wyglądali jak dwa księżyce w pełni albo jak owe kukły, które dzieci robią z okrągłych arbuzów. Całe ciało gorzało101, jakby przypiekane ogniem, tylko łzy strumieniem płynące przynosiły im niejaką ulgę, chłodząc rozpalone twarze.

Staruszeczek, szybko się uwijając, narwał wiele ziół i ich sokiem natarł im spuchnięte miejsca, co im bardzo pomogło. Nakarmił ich i napoił, pocieszył dobrymi słowami, potem rzekł:

— Wielkie to szczęście, że was pszczoły na śmierć nie zagryzły. Wiedziałem, że są straszne w słusznym gniewie, nigdy jednak nie widziałem ich w takiej furii. Dziwna to jednak rzecz! Byłbym wam dawno przyszedł z pomocą, bo mam nad nimi władzę, niczego jednak nie widziałem ani nie słyszałem. Nagle ktoś krzyknął: „matko”, i to słowo zagrzmiało wielkim głosem, tak że się obudziłem z głębokiego zamyślenia i pobiegłem do was z ratunkiem. Który z was, chłopcy moi, wołał matki?