Żaden mu nie odpowiedział, a staruszek mówił w zamyśleniu:
— Dobrze ten uczynił, gdyż jest to niezmierne zaklęcie. Wasza matka was ocaliła, dzieci moje. Ale ułóżcie się teraz w mojej chatce na spoczynek. Obok jest przeczyste źródełko i cieniste drzewa.
Wziął ich za ręce i zbiedzonych102 zawiódł do szałasu, jaki sobie klecą103 pasterze, ułożył ich do snu, sam zaś poszedł spędzić noc pod drzewami.
Chłopcy, od których odleciały pszczoły, ale od których strach dotąd nie chciał odlecieć, nie mogli zasnąć, rozmyślając nad swoją złą przygodą. Poprzysięgli pszczołom zemstę, nie wiedząc, jak jej dokonać. Ciągły ból i ustawiczne pieczenie przypominały im groźne owady. Sklęsły104 im cokolwiek twarze, leczone sokiem ziół, ale jeden na drugiego nie mógł patrzeć bez zdumienia; Jacek nie poznawał pyzatego na gębie Placka, nagle zgrubiały Placek dziwił się, że chudy Jacek stał się opasły i gruby. Wciąż mieli takie uczucie, jakby im ktoś nalał za skórę płynnego ognia. W ich sercach wciąż się burzył gniew i tak gotował jak woda w garnku, bulgocąc i szumiąc.
Leżeli długo w bolesnym i piekącym milczeniu; wreszcie Jacek szepnął:
— Słuchaj no, Placek, co ten stary bredził o tym, że nas ocaliła nasza matka?
— Gadał coś podobnego — odrzekł Placek — ale, widać, uszy mi spuchły, więc niedobrze słyszałem.
— On chyba sam nie wie, co mówi — szepnął powoli Jacek, jakby się namyślając — bo jakże nas mogła uratować matka, która jest o sto mil stąd.
— I ja tak myślę. Ten stary jest śmieszny!
— Śmieszny on nie jest, ja myślę, że jest to raczej zły i przewrotny człowiek.