— Przecież nas wyratował...

— Tak, ale dlaczego pszczoły, które chciały nas zamordować, jego natychmiast usłuchały? Może on jest z nimi w zmowie?

— Ciszej mów, żeby nas nie usłyszał. Poczekaj, zobaczę, czy już usnął.

Rozchylił ostrożnie gałęzie tworzące ścianę szałasu i spojrzał na polanę. Księżyc świecił jasno i srebrzyście. Rozparł się szeroko wśród dwóch brzóz i tak wyglądał jak dziwny ptak, co przysiadł w podróży na gałęziach. Jasno było jak w dzień, tylko stokroć piękniej. Noc była jakby zaczarowana, mieniąca się i połyskująca srebrem i złotem; strumień był ze srebra, drzewa były srebrzyste, mchy błyszczały, jakby były uczynione ze srebra, a w powietrzu jakby drżał złocisty pył. Tak bardzo było cicho, że słychać było drżenie brzozowych listków i ich cichuteńki szelest, choć nie było najlżejszego powiewu, ale brzozy, widać, kąpały się w miesięcznej105, srebrnej wodzie z lubością106 i drżeniem zachwytu.

Placek patrzył opuchniętymi oczyma i nic nie widział przez dłuższą chwilę, bo zaczęły mu się majaczyć srebrne cienie. Musiał jednak dojrzeć coś dziwnego, bo chwycił Jacka za rękaw i pociągnął silnie.

— Jacku! — szepnął z trwogą i zdumieniem.

— Co się stało? — zapytał cicho Jacek.

— Oczom własnym nie wierzę! — mówił Placek cicho. — Spojrzyj tylko!

Rozchylili szerzej gałęzie i patrzyli bez słowa.

Na polanie, pełnej blasków, na srebrnym pniu po umarłej brzozie siedział staruszek w srebrnym łachmanie i ze srebrną brodą. Księżyc tak wszystko wysrebrzył, że powietrze lśniło migotliwym, drżącym, ślicznym blaskiem. Przed starym człowiekiem przysiadł na zadzie ogromny wilk, łapy ku niemu wyciągnął i patrzył mu żebrzącym wzrokiem w oczy, a stary człowiek, cicho i łagodnie przemawiając, wyciskał na wilczą łapę, widać zranioną, sok z ziół. Pogładził potem wilka po kosmatym łbie, a wilk polizał go językiem po ręce, po czym jak duch cicho i bez szelestu zniknął wśród drzew.