Chłopcy porwali się, czerwoni z gniewu, a Jacek chwycił kamień i krzyknął:

— Rzucę w ciebie tym kamieniem, jeśli natychmiast nie odejdziesz i nie spełnisz tego, cośmy ci rozkazali! Precz z moich oczu!

Stary człowiek spojrzał na niego spojrzeniem długim i smutnym. Westchnął potem ciężko, a w jego oczach ukazały się wielkie łzy.

— Odchodzę — rzekł słodko. — Niech wam Bóg przebaczy.

Powlókł się ciężkim krokiem i usiadł nieopodal na kłodzie. Wtedy Placek zawołał:

— Ten las od dzisiaj do nas należy! Nie masz prawa siadać w jego cieniu, wynoś się stąd i pamiętaj, abyś przyniósł jedzenie!

Stary człowiek powstał i odszedł powoli. Wyszedł z lasku i bardzo znękany usiadł na kamieniu w szczerym polu, gdzie słońce piekło i gdzie nie było przed nim żadnej ochrony.

— Cha! Cha! — śmiał się Jacek. — Mamy własny dom i własny las, a ten stary uwędzi się na słońcu!

Legli w szałasie i cieszyli się hałaśliwie.

Nagle oczy rozszerzyły się im z wielkiego przerażenia, stało się bowiem coś takiego, co się nie zdarzyło od początku świata. Dzień był ciepły, pogodny i bezwietrzny. Wtem zawiał potężny wiatr, drzewa boleśnie zaszumiały, a potem poruszyła się ziemia i drzewa zaczęły poruszać się, i cały las zaczął iść przed siebie; brzozy szły, jak ubrane dziewczęta idą w procesji, dąb szedł posuwiście, a krzaki biegły szybko jak dzieci. Chłopcy patrzyli w obłąkanym strachu, jak drzewa ich mijają i idą, idą, idą... aż doszły tam, gdzie na kamieniu siedział uśmiechnięty i jakby wcale niezdziwiony stary człowiek. Wtedy otoczyły go leśnym kręgiem, białą brzozową gromadą i przystanęły, zwieszając ponad nim gałęzie, aby go nakryć chłodnym cieniem, a krzaki łasiły się u jego stóp. Chwilę potem źródło, z którego wypływał wesoły strumień, znikło, tak jakby się zapadło w ziemię, a strumień zaczął się wić zygzakiem, jak srebrny wąż, i począł wędrować za lasem. Po niedługim czasie źródełko wychynęło spod ziemi tuż przed siwym człowiekiem, strumyk się z nim połączył i wszystko było jak dawniej. Tam zaś, gdzie przed godziną jeszcze był las, na gołym łysym polu stała chatka, a przed nią Jacek i Placek patrzyli rozszerzonymi oczyma na zdarzone cuda.