Skamienieli, stali bez ruchu i nie widzieli, że gdzieś z oddali wielkimi krokami zdąża niedźwiedź. Ujrzeli go dopiero wtedy, kiedy ich owionął jego gorący oddech, jak żar z piekarskiego pieca. Nie mogli nawet krzyknąć, bo brakło im oddechu. Ujrzeli własną śmierć. Niedźwiedź, ryknąwszy z gniewu, porwał ich w objęcia i już miał ich zdusić śmiertelnym uściskiem, kiedy nagle rozległ się nadspodziewanie donośny głos:
— Nie zabijaj!
To staruszek, dojrzawszy z lasu, co się dzieje, prosił wielkim głosem o litość dla tych, co nie znali litości.
Niedźwiedź mruknął niechętnie, wahał się przez chwilę, a potem odrzucił ich od siebie jak ulęgałki112, ze wstrętem i obrzydzeniem. Chłopcy potoczyli się daleko, ledwie żywi. Bladzi jak płótno patrzyli, jak niedźwiedź, mocno wparłszy się w ziemię tylnymi łapami, objął przednimi szałas, podniósł go z ziemi i niósł lekko, aż go przyniósł do lasu i postawił przed starym człowiekiem.
Potem przypadł do jego nóg i zaczął je lizać pokornie.
A staruszek położył drżącą rękę na jego straszliwym łbie i gładził go, cudownie uśmiechnięty.
Rozdział ósmy, w którym Jacek i Placek nie mogą wyjść ze zdumienia, ale wchodzą do nieznanego miasta
— Wszyscy się na nas zawzięli! — mówił Jacek. — Chcą nas zgubić i zamordować!
— To chyba dlatego, że nikomu nie uczyniliśmy nic złego — odrzekł Placek. — Może gdybyśmy byli źli i złośliwi, wszyscy by się nas bali.
— Jesteśmy biedne i opuszczone sieroty — żalił się Jacek.