— I znowu musimy wędrować na głodno. Bodaj pchły zjadły tego niedźwiedzia: omal mi kości nie pogruchotał, tak że iść nie mogę. Wstyd i hańba, żeby taki ogromny bęcwał rzucał się na dwoje niewinnych dzieci.

— A to wszystko przez starego człowieka, bo nikt inny, tylko on namówił tego głupiego niedźwiedzia, aby nas pobił. Cóż mu to szkodziło nocować na polu, a nam pozwolić mieszkać w szałasie? Zły to musi być człowiek i bez serca. Ale dokąd my idziemy, Placku?

— Czy ja wiem? Nigdzie ani drogi, ani ścieżki.

Bardzo zgłodniali, pożywili się opadłą z dębów żołędzią i garścią jagód, kwaskowatych i niesmacznych.

Tymczasem zaczęło szarzeć.

— Nie podoba mi się ta okolica — rzekł Jacek — pusto tu i niemiło. Wolałbym zresztą pójść dalej, bo jesteśmy jeszcze zbyt blisko tego niedźwiedzia, a nie wiadomo, czy nie zechce nas ścigać. Widzę daleko stąd jakieś lasy i wody, trzeba będzie tam dojść i znaleźć na noc posłanie.

— Nie wiem, czy dojdę — biadał Placek. — To coś bardzo daleko.

— I ja też ledwie poruszam nogami, ale nie ma rady, w lesie zawsze lepiej.

— Chodźmy! — stęknął Placek.

— Chodźmy! — westchnął Jacek.