Szli w milczeniu, niespokojnie spozierając113 na boki, bo zapadała coraz gęstsza i coraz bardziej wilgotna ciemność: zdawało się, jakby ktoś wywrócił ponad nimi olbrzymią kadź114 czarnego atramentu. Nie było widać żadnej gwiazdy ani nie było księżyca, choć jeszcze wczoraj pysznił się swoim srebrnym kręgiem. Niebo musiało być zawalone chmurami.
— Daleko jeszcze do tego lasu? — pytał Placek.
— Już nic nie widać — odrzekł Jacek — ale zdaje mi się, że las jeszcze daleko.
— W takim razie jest to głupi las!
— Czemu głupi? Czy widziałeś kiedy mądry las?
— Mądry, niemądry, ale widziałem taki, co sam chodzi. Mógłby ten las, do którego idziemy, podejść ku nam.
— Z tamtym lasem to była jakaś nieczysta sprawa i czarodziejska sztuka. Czego wyjesz?
— To nie ja zawyłem — odrzekł niespokojnym głosem Placek. — Myślałem, że to ty...
— Ja też nie. Słuchaj!
Daleko, z lewej strony, coś zawyło głucho i przeciągle.