— Co to może być?
— Nie wiem! To są jakieś diabelskie wycia. Uciekajmy na prawo!
Zmienili kierunek i pobiegli na prawo. Stamtąd jednak dobiegł ich po chwili straszny, głęboki bek.
— Ktoś nas ściga! — mówił gorączkowym szeptem Jacek. — Nie widzę cię, gdzie jesteś?
— Ani ja nie widzę ciebie — odpowiedział strwożonym głosem Placek. — Podaj mi rękę. Boję się!
— I ja się boję! Tak, dobrze, trzymajmy się za ręce...
— Chodźmy! Coś wyje z lewej strony i coś beczy z prawej, ale przed nami wolna droga.
— A za nami?
— Za nami? Przystańmy, trzeba zobaczyć.
Obejrzeli się i zdrętwieli: poza nimi patrzyły z ciemności ogromne, zielone ślepia.