— Uciekajmy! — krzyknął Jacek.
Zaczęli gonić po bezdrożach, przez jakieś puste pola. Wciąż słychać było wycia i beki, a ile razy obejrzeli się poza siebie, widzieli te tajemnicze ślepia. Duch już w nich zamierał, kiedy nagle ujrzeli przed sobą na jakiejś wyniosłości łunę ogniska.
Odetchnęli na widok żywego ognia; sił im przybyło, więc jak pływak, co pruje zawzięcie czarne wody, tak oni płynęli przez tę czarną i ciemną noc, pełną złych głosów, szumów, dzwonień, westchnień i beków. Ogień płonął coraz jaskrawiej jak purpurowy kwiat, co coraz pełniej rozkwita. Wiatr chwiał nim na wszystkie strony, jakby chciał z korzeniem wyrwać ten krzew ognisty. Blask ognia był silny i barwił szeroką przestrzeń.
W pewnej chwili zdawało się chłopcom, że biegną wąską ścieżyną, a po jej stronach plami się jakieś czarne bagno i jakaś topiel połyskująca wodą. Gdyby nie ten blask, co naprzeciw nich wybiegł, i gdyby nie ta krwawa latarnia ognia, byliby weszli na zdradzieckie trzęsawiska. W jej zbawczym rozbłysku widzieli jednak coraz wyraźniej jak gdyby groblę, lekko wznoszącą się ku górze, ku ogniowi. Kiedy już byli blisko niego, ujrzeli zarys jakiejś niewielkiej postaci, co jedną rękę podniósłszy ku twarzy, jakby chcąc przytłumić jaskrawy blask ogniska, patrzyła nieruchomo w tę stronę, z której przychodzili.
Chłopcy przystanęli zadyszani, jakby chcąc wyrozumieć115 wzrokiem, kogo mają przed sobą.
— Widzę człowieka — szepnął Jacek. — Kto to może być?
— Może to ktoś, co zastawia na nas pułapkę — rzekł cicho Placek. — Bądźmy ostrożni...
Wtem od ognia przypłynął do nich głos. Brzmiał tak ciepło, jakby się nagrzał w gorącej czerwieni ogniska. Głos zapytał:
— Czy to ty nadchodzisz, mój synu?
— To jakaś kobieta! — rzekł pewnym głosem Jacek. — Chodźmy ku niej.