Oni zbliżyli się ku niej niepewnie, baczni na wszystko, bowiem widzieli już takie dziwne i czarodziejskie rzeczy, że nie dowierzali nikomu.

— Ach, to nie jest mój syn! — westchnęła kobieta.

Była stara, zwiędła, siwa i biedna. Nie wiadomo, jaki kolor miała jej twarz, bardzo pomarszczona, gdyż ogień malował ją mocnym rumieńcem, który dziwnie wyglądał wobec siwych włosów. W tej zgrzybiałej postaci jedno było młode i żywe: jej oczy. Spojrzenie miała jastrzębie, mocne i przenikliwe, jakby w oczach mieszkała jej dusza i jakby w nich skupiło się całe życie; zdawać się mogło, że nic innego ta kobieta nie czyni, tylko wciąż patrzy i wciąż czegoś wygląda, tak że oczy jej zaprawiły się w patrzeniu przenikliwym i dotkliwym. Przygasły one, kiedy ujrzały, że to nie ten oczekiwany się zjawił, lecz jacyś nieznajomi, dziwnie wyglądający chłopcy: oberwani, umazani błotem, zastrachani i zmęczeni.

Kobieta zapytała łagodnym głosem:

— Kto wy jesteście, moje dzieci?

Jacek trącił nieznacznie Placka łokciem, a ten, przybrawszy żałośliwą116 minę, rzekł:

— Jesteśmy biedne sieroty, co nie mają ani ojca, ani matki.

— A dokąd dążycie przez ten straszny kraj?

— Sami nie wiemy, w świat...

— O, biedne sierotki! A cóż wy myślicie znaleźć na dalekim świecie?