— Pragniemy znaleźć jakąś pracę! — zełgał Jacek.

— Ale nigdzie nie możemy jej znaleźć — dodał Placek.

Kobieta zamyśliła się, potem rzekła:

— Po co macie szukać tak daleko, znajdziecie pracę u mnie. Sama jestem bardzo biedna, ale jakoś wyżyjemy.

— A cóż my tu będziemy robić?

— To co ja, dzieci drogie. Będziemy palić ogień.

— Palić ogień? Po co się on pali?

— O, dzieci! Ten ogień was zbawił! Dookoła są bagna i straszliwe trzęsawiska, a na to suche wzgórze prowadzi jedna jedyna ścieżka, na którą trafiliście szczęśliwie, bo mój ogień pokazał wam drogę. Jest to święty i dobroczynny ogień, który palę dla mojego syna.

— A kiedy on wróci?

— Nie wiem. Odszedł szukać dla mnie pożywienia przed dziesięciu laty, kiedy był wielki głód i niczym nie mogliśmy się pożywić. Biedactwo: małe było i słabe. Poszedł i od dziesięciu lat wyglądam go we dnie, a w nocy rozpalam ogień i podtrzymuję go aż do świtu, aby mój synaczek nie zbłądził.