— Tym lepiej... Oto wiesz co, zanim odejdziemy...
— Mów śmiało!
— Zanim odejdziemy, chciałbym tej kobiecie pomóc.
Placek spojrzał na niego z nagłym zdumieniem.
— I ja — rzekł nieśmiało — miałem tę samą myśl. Ale jak jej pomóc?
— Myślałem o tym... Przygotujemy jej drew na ognisko.
Placek skinął głową z uznaniem.
— Śpieszmy się! — rzekł.
Nie wiedzieli sami, dlaczego zbieranie gałęzi i wleczenie wielkich konarów szło im łatwo i szybko. Uśmiechali się, jakby czynili jakąś psotę, i radowali na myśl, jak się kobiecina zdziwi, ujrzawszy stos drew, nie minęła bowiem godzina, a oni zwlekli chyba pół lasu; ułożyli drwa porządnie, ciężkie najbliżej ogniska, opodal lekkie gałęzie. Obejrzeli swoje dzieło z zadowoleniem, po czym uśmiechnięci spojrzeli na chatę, w której spała staruszka.
Zaczęli schodzić wąską ścieżką, wijącą się wśród bagien, bardzo zadowoleni. Kiedy już uszli kawał drogi, Jacek rzekł nagle: