— W takim razie myślałeś jak Patałłach. Ja to zrobiłem dla nas.
— Dla nas? A cóż nam z tego drzewa?
— Bardzo wiele! Pomyśl, że idziemy przez bagna, a nie wiemy, jak długo trzeba będzie przez nie wędrować, więc jeśli nas noc zaskoczy, będzie nam jasno, bo ognisko dzisiaj będzie tak wspaniałe jak nigdy.
— Nie pomyślałem o tym...
— Tak, a myślałeś, że uczyniłem to z wielkiej miłości do tej kobiety. Cha! Cha!
Nie doczekali tej nocy na bagnach, gdyż około południa weszli już na suchą ziemię. Przeszli las, który tak obrzeżał118 trzęsawiska jak rzęsy oko, i zaczęli wędrować wesołym krajem, pełnym zieleni i przyjaznych głosów. Spotykali coraz częściej ludzi, których chcieli rozpytać o drogę do wielkiego miasta, jednak nic o nim nie słyszeli, inni byli tak zajęci ciężką pracą, sącząc z siebie wielkie krople potu, że nie chcieli rozmawiać z dwoma obdartusami. Byli i tacy, co ujrzawszy dwóch dziwnych chłopaków, tak nakrapianych na gębie, jakby im kto tuż przy twarzach wystrzelił z pistoletu, tak że niespalone ziarnka prochu upstrzyły119 im skórę, uciekali ze strachem, nie mogąc sobie wyobrazić, aby bez czarów ludzkie istoty mogły być tak bardzo do siebie podobne.
— Co to jest — mówił do Placka strapiony Jacek — czy wszędzie na całym świecie ludzie tylko pracują?
— Tak jakoś wygląda — mówił Placek. — Są to, widać, sami obłąkańcy. I ludzie, i zwierzęta... A cóż to czyni ten człowiek?
Patrzyli z podziwem, jak ogromny, ciężki chłop z sękatymi ramionami odbywał dziwną wędrówkę z dolinki na wzgórze; stali długo, ukryci w krzakach, on zaś niezmordowanie odbywał długą drogę, niosąc zawsze coś w rękach.
Kiedy się zbliżyli zaciekawieni, chłop przystanął, otarł pot z czoła i patrzył na nich z uśmiechem jasnymi, niebieskimi oczyma.