— Noszę w garściach ziemię! To bardzo przyjemna robota.

— A po cóż ty nosisz ziemię? Przecież wszędzie jest jej takie mnóstwo, że możesz jej mieć, ile tylko zechcesz!

Chłop zaśmiał się jeszcze weselej.

— Ziemi jest dużo — rzekł — ale to nie jest moja ziemia, tylko królewska. Król tu wprawdzie nigdy nie był i pewnie nawet nie wie o tym, że to jego. Nie wiem, na co mu tyle ziemi, bo nikt na niej nie orze ani nie sieje. A ja dostałem w dziedzictwie pustą skałę, na której nic nie rośnie. Nikt tego nie chciał brać, więc mnie to dali. Poszedłem do królewskiego rządcy i powiedziałem mu, że zginę z głodu, a on zaśmiał się i powiada: „Weź sobie z królewskiej ziemi, ile tylko potrafisz w garściach przenieść na swoją skałę”. „Dobrze!” — rzekłem. I jak widzicie, noszę tę ziemię i będę miał wielkie pole.

— A długo już tak nosisz?

— Już dwadzieścia lat od świtu do nocy, a jak jest miesięczna noc, to i w nocy. Rządca królewski przyjeżdżał tu przed niedawnym czasem, bardzo się dziwił, kręcił głową i powiedział, że on żartował tylko, ale widzi, że chłop to by sobie ziemię przyniósł nawet z piekła.

— To ty przeniesiesz aż tyle ziemi?

— Cha! Cha! — zaśmiał się chłop.

— Czemu się śmiejesz?

— Ja się śmieję, bo ten rządca to będzie jeszcze płakał, że zrobił taki żart. Jeszcze ze dwadzieścia lat, a ja będę miał wspaniałą rolę, a król będzie miał skałę.