Był to pan łaskawy, choć możny. Ponieważ sam słynął z zadziwiającej urody, pragnął więc w wielkiej dobroci serca, aby wszyscy królewscy poddani byli choć w nikłej mierze do niego podobni, dlatego rozkazał, aby się we wszystkie świąteczne dnie w niego wpatrywano. Siadał wtedy na czerwonym, podobnym do tronu fotelu i siedział tak nieruchomo przez cały dzień, a poddani siadali przed nim w wielkim ścisku i patrzyli w niego jak sroka w kość, cmokając z wielkiego zachwytu; że jednak trzeba było długo czekać, ażeby tym sposobem wszyscy się stali do niego podobni, więc chcąc przyśpieszyć ten dzień, w którym lud stanie się zadziwiająco piękny, rozdawał mu tymczasem mocno pachnącą pomadę, którą sam się nacierał, wierząc, że jej zawdzięcza swoją nadludzką piękność. Toteż nad całym miastem unosił się przeraźliwy zapach, tak że muchy zdychały, a przelatujące ponad nim ptaki zataczały się w locie, jak gdyby były pijane.

Jednak najdziwniejszy widok miasto przedstawiało w dnie uroczyste, kiedy potężny namiestnik zjawiał się na ulicach, aby poznać życie mieszkańców, wysłuchiwać skarg i żalów. Ponieważ wtedy byłby zauważył, że zwyczajni ludzie mają proste plecy, podczas kiedy on ma na nich garb, i mógł z tego powodu wpaść w srogi gniew, przeto w owe dnie wydawano rozkaz, aby każdy obywatel posiadał garb. Jego wszystka służba i dworzanie dobierani byli spomiędzy garbatych, których czasem, z braku krajowego produktu, za drogie pieniądze sprowadzano z zagranicy, więc namiestnik nawet nie przypuszczał, że mogą istnieć ludzie prości. Przeto w owe uroczyste dnie wszyscy mieszkańcy robili sobie sztuczne garby, a co gorliwsi kazali sobie wyrywać nawet zdrowe zęby, aby się ich ilością nie wywyższać ponad dostojnika, który miał ich trzy. Był to zaiste piękny widok: garbaci ludzie nieśli namiestnika w lektyce123, on wdzięcznie uśmiechał się jednym okiem, dziewice mdlały z okrzykiem: „Ach! Umieram, on jest zbyt przystojny!”, psy wyły, a ludzie krzyczeli: „Niech żyje!”. Przed lektyką biegli garbaci laufrowie124 i rozrzucali pomiędzy lud suszone ziarnka słonecznika, będące w tym kraju wybornym i ulubionym przysmakiem.

W takim dniu uroczystym, na znak wielkiej i wspaniałomyślnej pana namiestnikowej łaski, darowywano więźniom resztę kary i wypuszczano ich na wolność; ponieważ jednak namiestnik był człowiekiem skąpym, nie chciał żywić więźniów i więzienia były puste, starano się tedy zapełnić je w przeddzień uroczystości, zamykając w nich byle kogo, aby go nazajutrz uwolnić wśród radosnych okrzyków. Jednego razu ten sposób przysporzył władzom wiele kłopotów, bowiem połowa nowo mianowanych więźniów, kiedy ich nazajutrz zwolniono, nie chciała opuścić wesołego więzienia, byli to bowiem bezdomni biedacy, którym udało się wreszcie znaleźć mieszkanie. Mimo próśb i lamentów wyniesiono ich jednak przemocą z więziennych komnat i na domiar goryczy kazano im dziękować na kolanach namiestnikowi za łaskę.

Hrabia Mortadella rządził w królewskim imieniu mądrze i sprawiedliwie. Kiedy dwóch poddanych wiodło spór o cenną rzecz, hrabia godził ich znakomitym wyrokiem, zabierając dla siebie przedmiot sporu i usuwając w ten sposób sprzed ich oczu to, co budziło ich namiętności. Nie uciskał zresztą swych poddanych i nie dręczył ich zbytnią ilością danin i opłat, bo — oprócz podatku od majątku, od ilości dzieci, od ilości przeżytych lat, od koni, krów, kóz, psów, kotów, kanarków, kur, kaczek, indyków, perliczek, gołębi i królików, od ilości spodni, od ilości wypitej wody, od snów, od kwiatów, od południowego wiatru, od miesięcznych nocy, od pogodnych dni, od chrzcin, od wesel, od pogrzebów, od trumny, od schodów, od kominów, od parasolów, od kapeluszy, od cienia, od śpiewania, od grania na trąbie, od imienin, od zezowatych oczu, od rudych włosów, od paraliżu, od sztucznych zębów, od rumieńców i od paznokci — żadnych innych podatków szczęśliwi mieszkańcy tego miasta nie płacili. Wyjątkowo płacił nadprogramowy podatek tylko jeden człowiek, który przez dziwny kaprys natury miał sześć palców u lewej nogi; długo to ukrywał, kiedy się jednak ujawniło to dziwo, musiał zapłacić karę za to ukrywanie i odtąd uiszczał daninę od zbytku125.

Wiodąc tak szczęśliwy żywot, mieszkańcy mieli wesołe i uśmiechnięte miny. Jedną tylko mieli słabość: do ćwiczeń sportowych. Namiętnie uprawiał je hrabia Mortadella, a za jego przykładem czynili to wszyscy inni. Ponieważ hrabia kulał na prawą nogę, więc jego najulubieńszym sportem było bieganie na długi dystans, choć i inne rodzaje sportu były w wielkiej cenie i bardzo lubiane. Bieganie jednak uważane było za ćwiczenie najdoskonalsze, toteż nikt w tym mieście nie stąpał zwyczajnym krokiem, lecz zawsze jak gdyby podrywał się do biegu, tak że można było czasem widzieć największych dostojników, którzy biegli jak obłąkani przez ulice miasta, wśród ogólnego zajęcia.

Namiętność do biegania stała się wreszcie powszechnym nałogiem. Było to raz powodem bardzo śmiesznego wydarzenia. Kiedy w tym mieście umarł największy poeta, który marny wiódł żywot, gdyż miał kabłąkowate nogi, tak jakby przez sto lat siedział okrakiem na beczce, zginął przeto w zapomnieniu, postanowiono mu wyprawić piękny pogrzeb. W żałobnym pochodzie szedł sam hrabia, wszyscy dostojnicy i niemal wszyscy mieszkańcy, sześciu z nich niosło trumnę na ramionach. Kiedy pochód znajdował się w odległości mili od cmentarza, hrabia zagadnął szeptem dostojników, jaki jest rekord biegu na przełaj na milowej przestrzeni. Po niedługiej chwili, kiedy rozmowa na ten wspaniały temat stała się gorąca, nagle hrabia i dostojnicy zaczęli przyspieszać kroku, a za nimi ogromny tłum. Ludzie niosący trumnę również poczęli dreptać w przyśpieszonym tempie, coraz większy zapał ogarniał całe żałobne zgromadzenie, wreszcie wszyscy zaczęli gonić na wyścigi. Widząc, co się dzieje, a nie chcąc zostać w tyle, żałobnicy zrzucili z ramion trumnę do przydrożnego rowu i pobiegli w wielkim wyścigu. Wielki poeta, który za życia miał krzywe nogi, niedaleko uszedł i po śmierci i leżał samotny przy drodze w swojej biednej trumnie przez trzy dni, bo wszyscy, zajęci rekordem, zapomnieli o nim, a gazety tak były pełne wiadomości o wspaniałym biegu, że nie miały miejsca na wiadomości, co się dzieje z dostojnym nieboszczykiem. Dopiero Towarzystwo Ostatniej Posługi zaniosło go na cmentarz, dlatego tylko bez wypadku, że jego członkowie odbywali powolny bieg na wytrzymałość z niezwykłym obciążeniem.

Nie dziw przeto, że wśród takich miłośników sportu rosły wielkie ambicje i pożądanie rekordów. Ustanowiono tam doroczne święto sportowe w dzień imienin Mortadelli, a największym zdarzeniem tego dnia był wyścig dookoła miasta, bieg ciężki i trudny, gdyż miasto było bardzo rozległe. Nagrodę stanowił kubek do jaj na miękko i scyzoryk, ofiarowany przez samego hrabiego, prócz tego zaś wieńczono zwycięzcę na rynku miasta i jego imieniem nazywano ulicę. Było to wielkie i uroczyste święto, na które przybywali zwolennicy z dalekich krajów i z nieznanych miast, a tym stawiano tylko jeden warunek: musieli sobie przyprawić garb. Bieg rozpoczynał się obok placu namiestnika, który dawał znak na jego rozpoczęcie donośnym wystrzałem z papierowej, nadętej powietrzem torby, potem odbywał się przez lasy i okoliczne pola, a kończył się również przed pałacem, gdzie zgromadzone były najpiękniejsze dziewice, uczeni i paralitycy126, bowiem wszyscy inni mieszkańcy brali udział w wiekopomnym wyścigu.

Kiedy Jacek i Placek przybyli pod wieczór do bram wielkiego miasta, ujrzeli na jego murach wielką płachtę papieru, na której garbatymi literami wypisane było zawiadomienie o tym właśnie wyścigu, mającym się odbyć nazajutrz. Ze wszystkich stron widzieli zmierzających ku miastu ludzi, z których każdy, odczytawszy z niejakim trudem to, o czym głosił papier, od razu umieszczał niesione zawiniątko na plecach i, dotąd prosty jak trzcina, wchodził do miasta garbaty.

— Co to wszystko znaczy? — rzekł Jacek.

— Odczytajmy, co tu napisane! — odrzekł Placek.