Wobec dość złożonego sposobu ich umiejętności czytania nie było to łatwą sprawą: Jacek odczytał wszystkie litery z pierwszej połowy abecadła, Placek z drugiej i w ten sposób udało im się wyłowić kilka słów z tej donośnej przemowy, która grzmiała z murów miasta. Tak się jakoś szczęśliwie zdarzyło, że wśród gromadki przybywających niewielu było takich uczonych jak oni, więc ktoś odczytał głośno orędzie królewskiego rządcy, wzywające cały świat do wielkiego biegu w dzień jego patrona, który, niewidzialny, miał biec na czele wszystkich współzawodników. W orędziu wymieniano nagrodę i przepisy wyścigów, ich niezmierne znaczenie dla wszechświata i obiecano dla zwycięzcy łaskę hrabiego Mortadelli i zwolnienie od podatku od kubka do jaj na miękko i scyzoryka, bowiem dotąd zwycięzca musiał opłacać daninę od tych wspaniałych przedmiotów; natomiast w tym roku należało na odmianę opłacić taksę127 za uroczysty wieniec, co dotąd nie było w zwyczaju.
Jackowi i Plackowi zaświeciły się oczy, gdy usłyszeli o tak ponętnych przedmiotach, których nigdy nie widzieli i o których nie wiedzieli, do czego służą. Ponieważ myśleli jednakowo, od razu w ich obu głowach powstała myśl, aby zdobyć nagrodę.
— Biegamy doskonale — szepnął Jacek — można by spróbować.
Placek rzekł cicho:
— Nie damy rady, bo udział jest zbyt tłumny. Mógłbym wprawdzie stanąć gdzieś z boku i podstawiać nogę każdemu, co będzie obok mnie przebiegał, aby dać tobie czas do osiągnięcia mety, mogą to jednak łatwo zauważyć. To trzeba zrobić jakoś inaczej. Pomyśl, Jacku.
— Właśnie myślę...
Po chwili rzekł:
— Czy nie dałoby się posypać całej drogi tłuczonym szkłem?
— To na nic — rzekł Placek — bo przede wszystkim nie mamy szkła, a następnie, to gorzej dla nas, bo jesteśmy bosi.
— Prawda i to...