Ta sama ceremonia powtórzyła się po chwili z Jackiem, który odpowiadał głosem cienkim.
Stąpając chyłkiem w cieniu domów, dziwowali się bardzo rozmiarom tego miasta i wielkiemu zbiegowisku w nim. Najbardziej zaś zdumiewało ich to, że wszyscy mieli garby, bardzo śmieszne, bo czasem taki garb zsuwał się i opadał na ziemię, wśród wielkiej i ogólnej radości.
Całe miasto przygotowywało się do niezwykłego święta, jedzono i pito, a przed każdą gospodą stał jej garbaty właściciel i zachwalał swoje jadło potężnym głosem.
— W mojej gospodzie — wołał jeden — można zjeść pasztet z najprzedniejszych kotów, nadziewany ślimakami. Daje on siłę i moc! Jest zdrowy i pożywny. Wchodźcie, obywatele, i ucztujcie za marne pieniądze!
— Potrawka ze szczurów! Potrawka ze szczurów! — wołał inny. — Sam hrabia takiej nie jada, panowie! Mam poza tym w spiżarni salceson z prawdziwego skórzanego buta i flaki z krokodyla!
— Kto u mnie zje wieczerzę, ten jutro zwycięży! — wołał trzeci. — U mnie można zjeść makaron z robaków i marynowane ropuchy. Wchodźcie, panowie, czym prędzej, bo niedługo wszystkiego zabraknie.
— Sprzedają tu dobre i smakowite potrawy! — rzekł żałosnym głosem Jacek. — Aż mi ślina idzie do ust.
— Słuchaj! — szepnął nagle Placek. — To ciekawe.
Inny oberżysta129 darł się na całe gardło:
— Kiełbasy! Wyborne kiełbasy z największego filozofa świata, kiełbasy z czcigodnego osła Patałłacha! Dopiero wczoraj zdechł z nadmiernej mądrości! Świeże kiełbasy z szybkonogiego Patałłacha.