— Masz szczęście, moja mała — zaśmiała się pani Milecka prawdziwym śmiechem, a nie tym „dla gości”. — Wszystkie zwariowane panienki z rozkoszą nosiłyby za nim laskę albo parasol, a ty mu kazałaś nieść walizkę. Doskonale. A teraz zdejmij płaszczyk i pójdź zjeść śniadanie. Bardzo jesteś głodna?

— Nie bardzo. Trochę mnie przed chwilą ścisnęło w żołądku, ale myślę, że to z rozpaczy, a nie z głodu.

— Niech cię już nie ściska. Co ty wyprawiasz, dziewczyno?

— Ja nic nie wyprawiam... Ja tylko chciałabym panią ucałować...

Pani Mileckiej zwilgotniały oczy; otworzyła ramiona i przygarnęła Irenkę do piersi.

— Ucałujże mnie, ucałuj, drogie dziecko.

Uściskały się mocno, po czym pani Milecka, niezwykle zadowolona i ożywiona, zapukała do sąsiednich drzwi, wołając:

— Zbyszek. Chodź no tu na chwilę! To mój syn — objaśniła serdecznym głosem.

Zbyszek wszedł, nie bardzo się śpiesząc; odziany był w gimnazjalny mundurek, ale miał minę znudzonego filozofa, któremu każą uczyć się takich rzeczy, które go stanowczo nic a nic nie obchodzą.

— To jest panna Irena Borowska, która zabawi u nas przez kilka dni. Bardzo cię proszę, Zbyszku, abyś ją uważał za kogoś bliskiego i abyś serdecznie się nią zajął.