Zbyszek podał Irence rękę, obrzucił ją krytycznym spojrzeniem i skinął głową protekcjonalnie.
— Jestem na pani rozkazy — bąknął pod nosem i wyszedł.
— Ładny chłopiec, nieprawda? — zapytała pani Milecka takim tonem, jakby sobie od razu odpowiedziała na pytanie.
— Śliczny! — zawołała Irenka z takim entuzjazmem, że pani Milecka zaśmiała się głośno.
Irenkę naprawdę zachwycił ten chmurny młodzieniec i wielkie na niej zrobił wrażenie; pana Podkówki nie można było nawet z nim porównać, a ten sławny śpiewak też nie mógłby z nim wytrzymać konkurencji. Zbyszek jest „jakiś taki”... Patrzy pochmurno, głos ma miękki i widać, że jest bardzo znudzony — jak wielki pan, który nie wie, co właściwie ze sobą począć. Irenka nie widziała dotąd tak zajmującego młodzieńca. A w pani Mileckiej można od razu się zakochać.
„Jeżeli mi kto powie”, myślała Irenka, „że na świecie nie ma dobrych ludzi, to ja mu powiem jakieś wielkie głupstwo”.
Tego dnia wysłano z „Ustronia” dwa długie listy. Irenka napisała epistołę97 potężną, wyczerpującą, barwną i tak prześwietloną promieniami nadziei jak świat słońcem. Drugi list wysłała pani Milecka. Pisała go bardzo długo i starannie dobierała słowa.
Irenka poznała Zakopane. Pogoda była taka przecudowna, jak gdyby słońce chciało uradować dziewczynę, na którą w ostatnich czasach zbyt wiele spadło udręczeń. Melancholijny Zbyszek został wyznaczony do towarzyszenia jej w śnieżystych wyprawach — zaczęły się one jednak od awantury. Kiedy usłyszał polecenie matki, uśmiechnął się ironicznie, po czym rzekł:
— Dobrze, ale muszę postarać się o wózek...
— O jaki wózek?