— Taki, w którym wożą niemowlęta...
Irenka, usłyszawszy to, chciała w pierwszej chwili chwycić przyzwoicie ciężką lampę i cisnąć nią w piękny łeb znudzonego młodziana. Pomyślała jednak, że ze względu na panią Milecką należy wytrwać w dostojeństwie.
— Jeżeli ja panu przeszkadzam... — zaczęła.
— Przede wszystkim nie jest on żadnym panem, tylko zwyczajnie po prostu Zbyszkiem, a następnie Zbyszek powinien pamiętać, że Irenka jest naszym gościem — rzekła pani Milecka surowo.
— My, z siódmej klasy — bąknął znudzony melancholik — wiemy, co to jest savoir-vivre98. Służę pani!
To „pani” było bardzo ironiczne. Irenka udawała jednak, że wcale tego nie zauważyła.
Poszli przez rozsłonecznione ulice, potem drogą do Kuźnic99; długie szeregi jarzębin, obwieszone sczerniałymi koralami owoców, dźwigały na gałęziach puszysty, brylantami jarzący się śnieg.
Zbyszek objaśniał oczarowaną dziewczynę:
— To jest słońce, a to są góry. Dawniej ich było więcej, ale zeszłego roku kilka najwyższych ukradziono...
Oczy Irenki zapaliły się jak dwa ogniki. Przystanęła i mówiła cichym, ale groźnym głosem: