— Jeżeli Zbyszek nie przestanie ze mnie kpić...
— To co? — zaśmiał się krwawo melancholik.
— To go tak wyrżnę głową w brzuch, że fiknie kozła aż tam, do tego rowu.
On spojrzał na nią z nagłym zdumieniem i sądząc z błysku jej spojrzenia, zrozumiał, że groźba była uczciwa i bardzo bliska spełnienia. Nic nie powiedział i szli dalej w groźnym milczeniu. Najpierw odtajał gniew kobiecy. Irenka, jak gdyby wstydząc się swoich słów, spojrzała na niego z boku raz i drugi, wreszcie rzekła dość miękko:
— Czemu Zbyszek jest taki nieuprzejmy?
On nagle spochmurniał i przyoblekł twarz w grymas piekielnej boleści.
— Ja Zbyszka przepraszam... Mnie się tak wyrwało... Czy Zbyszek mnie nienawidzi? Co ja złego zrobiłam?
— Nic — odrzekł on takim bulgotem, jaki wydaje burzliwa chmura, z daleka pomrukująca grzmotem; jego głos wyraźnie pochodził z przepaści brzucha. — Ja nie mam do Irenki żadnej pretensji, ale ja w ogóle... No! W ogóle nienawidzę wszystkich kobiet na świecie.
— O, Boże! — zakrzyknęła Irenka. — I za cóż to?
Pochmurne serce Zbyszka otwarło się na chwilę. Spojrzał na nią bokiem, nieco nieufnie, spostrzegłszy zaś, że dziewczyna jest szczerze zdumiona, mówił czarnymi słowami: