— Wszystkie są przewrotne i wszystkie są chytre.

— Ja nie jestem ani przewrotna, ani chytra — rzekła Irenka serdecznie.

— Może być... Nie wiem... To wiem, że wszystkie cierpienia zadaje kobieta.

— Zbyszku! — mówiła Irenka głosem dobrym i ciepłym, jakby ogrzanym na słońcu. — Czy Zbyszek bardzo cierpiał przez kobiety?

Melancholik zelżał już całkowicie i począł wyciągać z ust czarny kir boleści, jak magik wyciąga z nich długie skrawki papieru. Mówił tajemniczo i zdławionym szeptem:

— Cała siódma klasa jest tego zdania. Cierpimy wszyscy, a ja najwięcej... Widzę, że Irenka jest dobrą dziewczyną, bo i to się czasem zdarza wśród kobiet, więc coś Irence wyznam... Czy dasz mi słowo honoru, że nie powiesz nikomu?

Irenka podniosła rękę i przysięgła w obliczu gór, że kamień padnie na dno studni.

— Ja jestem śmiertelnie zakochany! — ogłosił Zbyszek zdumionemu światu.

Słońce cokolwiek pociemniało, a wiatr, wypadłszy nagle z lasu, porwał w zgrabiałe ręce trochę śniegu i uczynił z niego małą trąbę. Wnet jednak ucichł, aby nie zamrozić rozpłakanych zwierzeń.

— Kto ona? — szepnęła Irenka szeptem tak bladym jak śnieg.