A ona też stała się jakaś inna. Zdawało się jej, że wszystkie smutki i udręczenia, wszystkie myśli i zadumania opadają z niej jak ciężkie, wilgotne odzienie, a ona, lekko, jak ta biała chmurka, szybko po niebie frunąca, leci przez powietrze na srebrny księżyc.
W tej chwili wszystko rozumie. Już wie, dlaczego czasem chciało się jej płakać bez powodu. Nie umie tego wypowiedzieć, ale teraz już wie, dlaczego nagle zaczynała tęsknić — nie wiadomo za czym. Pewnie z każdym na świecie człowiekiem dzieje się to samo, co się czasem działo z nią. Teraz rozumie: wszystko to, co się dokoła niej odbywa, to małe sprawy. Kłopoty, pieniądze, troski to drobne kamienie, zawalające drogę. Człowiek pragnie je minąć i uczynić wielki krok w górę, tam gdzie jest światło i błękit, nabijany gwiazdami. O, jakże cudnie jest w tym zaczarowanym kraju! Zdaje się, że to światło dźwięczy. A może to gwiazdy szemrzą jak złote pszczoły na niezmiernej łące? Dziwne... Dziwne... Jest w tej chwili bardzo szczęśliwa, bo leci ponad ziemią, a jednak czuje, że siłą musi powstrzymywać łzy. Może to dlatego, że trzeba będzie wracać, bo nie można wciąż latać pod błękitami... Nie zawsze jest księżycowa noc...
— Boże mój, Boże mój! — westchnęła cichutko.
Księżyc musiał ją usłyszeć, bo przystanął na wprost jej twarzy i uśmiechnął się do niej jak ktoś bardzo, bardzo kochany. Zalał srebrzystą wodą jasności jej pokoik, a ją otoczył promieniami jak przędzą. Zdawało się jej, że cała jest światłem — dobrym, łagodnym i słodkim. Serce przestało w niej bić, bo też zamieniło się w jasność. Jak gdyby promień zadźwięczał o promień, tak w niej odezwał się nieznany głos, proszący Boga, aby to trwało długo, długo... A jeśli trwać nie może, niech jak najczęściej nachodzą ją takie chwile, kiedy można wzlecieć ponad ziemię, gdzie jest tak jasno i tak niezmiernie słodko.
W tej chwili księżyc ucałował jej głowinę, bo musiał iść dalej. Ona patrzyła za nim jak ktoś, kto stoi na brzegu wielkiego morza i żegna spojrzeniem srebrną łódź, która pod żaglem białej chmury płynie na kraniec świata. Ale ten, co odpływa, zostawił jej srebrną okruszynę mądrości o ludzkiej tęsknocie za tym, co jest piękne i mieszka na wysokościach. I zostawił jej duże, srebrne łzy — szczęśliwe, dobre łzy, co ciężko spływają po jej twarzy.
Nikt nie wie, gdzie jest źródło takich łez.
Ona też nie wie. Nikt tych łez nie widział i nikt się o nich nie dowie. A mądry samotnik, księżyc, który o nich wie, ma usta na wieki zamknięte.
XII
Pani Borowska, ciocia Amelia i doktor Lipień czytali list Irenki. Pani Borowska czytała głośno, a oni słuchali, łowiąc każde słowo w locie. List był długi jak droga przez pustynię do studni, a tak zszyty z najdziwaczniejszych zdarzeń jak dawne dywany ze skrawków różnokolorowych materiałów, które nasze babki zawieszały nad łóżkiem. Czytano go ustępami, w słusznej obawie, że odczytanie go od razu, za jednym zamachem, groziło czytelnikowi pomieszaniem zmysłów. Była to opowieść o wszystkim, przewyborny galimatias, zupa ze stu siedemdziesięciu ingrediencji, czyli — wedle wyrażenia doktora — groch z kapustą. Irenka opisała sumiennie wszystkie swoje przygody w Zakopanem, poza tym ludzi, zwierzęta, drzewa i kamienie, niebo i ziemię; powtórzyła swoje myśli i słowa.
Pani Borowska czytała: „...Walizkę moją odniósł z dworca kolejowego sławny na dwóch półkulach, bo trzeciej nie ma, śpiewak Jerzy Zadora...”.