— Niech pani przerwie, bo muszę zmysły zebrać — gadał doktor. — A mówiłem, żeby lód był pod ręką... Zakochała się! Przecież tak wyraźnie pisze?

— Tak pisze, bo jej się coś zdaje.

— Ale co znaczy ten jakiś „Biały płomień Szwecji”? Czy może mnie ktoś objaśnić? Może to szwedzka zapałka? Nie! Zapałka pali się płomieniem żółtym... A jeżeli nie zapałka, to co? Biały płomień... Biały płomień... To musi być powiedziane pod figurą. Wiem! To jest szwedzki poncz. A jeżeli to jest szwedzki poncz, który jest wybornym, lecz mocnym napitkiem. W takim razie młodzieniec, zakochany w ponczu, jest obrzydliwym pijakiem. Otóż macie! Puść kozę na drzewo, a ładne będzie przedstawienie. Licho nadało niedowarzone panny! Rozumiem, że Pan Bóg stworzył lwy, tygrysy i słonie, ale po co stworzył panny, tego nie mogę zrozumieć.

Ciotka Amelia skrzywieniem twarzy dała mu do poznania, że żart jest w złym guście, bo i ona jest panną.

— Nikt nie wie — zrzędził doktor — co uczyni kot, któremu przywiązano pęcherz do ogona, co uczyni taka panna, której przywiązano do ogona piętnaście lat.

— Co też doktor wygaduje! — zaśmiała się pani Borowska.

— Ja wiem, co mówię. My tu nie wiemy, co ze sobą zrobić, a ona zakochała się. Niech pani czyta dalej, może się już odkochała.

Nic o tym nie było w liście. Na widownię natomiast wypłynął księżyc.

„...Przecudowna była ta noc księżycowa. Było tak ślicznie, że mi się chciało płakać...”.

— O, Boże! — westchnął doktor, ale zaraz groźnie warknął.