— Czego panie właściwie chcą od tej dziewczyny?! Jeżeli zakochała się, to jej rzecz. Ho ho! Ona wie, co robi... Irenka, złota moja Irenka... Ale ja nie pozwolę jej krzywdzić. Jeśli panie chociaż jedno złe słowo o niej powiedzą, to ja się upomnę o to biedne dziecko!

Pani Borowska spojrzała ze zdumieniem.

— Ależ, doktorze kochany, przecież to pan...

— Ja? W imię Ojca i Syna!... Żebym siebie samego leczył, jeśli cokolwiek powiedziałem.

— Może nam się przesłyszało — uśmiechnęła się pani Borowska.

— Nawet z całą pewnością — oświadczył doktor.

List kończył się wiadomością o depeszy pani Opolskiej, co wielkie na wszystkich uczyniło wrażenie. Pani Borowska gładziła go ręką, jak gdyby to była sama Irenka, a doktor szybko krążyć zaczął po pokoju. Nagle przystanął i podniósł w górę wskazujący palec — jak człowiek, który bada kierunek wiatru.

— Jestem tak wzruszony — rzekł radośnie — że muszę pójść zaczerpnąć świeżego powietrza i zobaczyć gwiazdy.

— Uroczy człowiek — powiedziała po jego wyjściu ciotka Amelia. — Szkoda tylko, że wciąż gubi swoje gumowe mankiety.

Doktor, nucąc arię z opery, o której wszyscy już na całym świecie zapomnieli, nawet nie spojrzał na niebo, gdyż nie trzeba było kierować się gwiazdami, aby trafić do jedynej w tym mieście knajpy, tym się odznaczającej, że w lecie było w niej więcej much niż gości, a w zimie tylu gości, ile much. Siedzieli w niej w tej chwili dwaj wytrwali: burmistrz z zakłopotaną głową i nauczyciel kaligrafii, tak długi i chudy jak chuda i długa litera „f” — żyrafa abecadła. Doktor, należący do odmiennego niż oni stronnictwa, którego był jedynym członkiem, skłoniwszy się uprzejmie, usiadł przy osobnym stole, w najlepszym towarzystwie, jakie można było znaleźć w tym miasteczku, bo sam ze sobą. Wiódł też sam ze sobą rozmowę zajmującą i wesołą, bo wciąż się uśmiechał. Po niejakim czasie zawołał półgłosem: