— Dzień dobry panu! — zakrzyknęła Irenka, mijając ów słup soli.

— Kto to był ten niemowa, który ci nawet nie odpowiedział na przywitanie? — spytała pani Opolska.

— Ten? To sławny śpiewak, Zadora — odrzekła Irenka tak, jakby z każdego rękawa mogła wytrząsnąć dziesięciu słynnych poetów, malarzy, tenorów, a na ostatek księcia Walii. — Ale go wzięło, co? — dodała z mrugnięciem lewego oka.

Nie tylko jego „wzięło”. W „Ustroniu” patrzono na nią jak na księżniczkę, która do tej pory udawała kopciuszka. Jeden tylko oparł się zjawisku, jeden, i to ten, który... Ech! Zbyszek znowu spojrzał na nią jak na powietrze, po którym tułają się resztki kolorowej tęczy. Było to tym okrutniejsze, że pani Opolska wyjeżdżała z Irenką wieczorem tego dnia do Warszawy. A on o tym wiedział...

Już niedaleka była godzina odjazdu; Irenka siedziała w salonie i rozgarniając wzrokiem liliowy zmierzch, chciała raz jeszcze spojrzeć na góry. Pani Opolska rozmawiała z panią Milecką w pokoju obok; Irenka słyszała wyraźnie, jak jej nowa babcia mówi o czymś ze śmiechem. Nagle rozległ się wielki tupot ciężkich narciarskich butów i gwałtowne trzaskanie drzwi — nieomylny znak, że wraca Zbyszek. Zawsze wkraczał z hałasem, w tej chwili jednak awanturował się z nadprogramowym dodatkiem przeraźliwych odgłosów. Zdejmując w przedpokoju płaszcz, najwyraźniej śpiewał. Było to tak niezwykłe u tego melancholika, że Irenka zaczęła nasłuchiwać, zdziwiona. Zdziwiłby się każdy, usłyszawszy, że na przykład zaczął śpiewać kamień albo lód.

Zbyszek wpadł do pokoju rozpromieniony i burzliwy.

— Irenka, ty tu? — zaśmiał się wesoło. — Taka jesteś kolorowa, że nie wiedziałem w pierwszej chwili, czy to ty sterczysz czy lampa z barwnym abażurem. Wyjeżdżacie?

— Wyjeżdżamy — rzekła ona głucho. — Czy dlatego jesteś taki rozradowany?

— Bynajmniej. Możesz sobie tu siedzieć przez cały rok... Mam inne powody do radości!

— Można wiedzieć jakie?