Chciał ją od razu zabić wzrokiem, ale ze zdumieniem spostrzegł, że jeszcze żyła. Usiłował więc dobić ją jadowitym śmiechem jak gwałtowną trucizną. Śmiech silniej podziałał, bo Irenka cokolwiek zbladła i rzekła głosem zataczającym się z osłabienia:

— A co będzie ze mną?

— Jak to: z tobą? — zdumiał się Zbyszek.

— Przecież ja... Przecież ja... Ja jestem zakochana.

Zbyszek najpierw otwarł usta z wielkiego zdumienia; poznawszy zaś wielką tajemnicę Irenki, zamiast chwycić się za serce, chwycił się niespodziewanie za brzuch. Ze śmiechu zarżał jak młody źrebak, ze śmiechu zatoczył się na najbliższą kanapę i wił się też ze śmiechu.

— Ludzie, ratujcie mnie, bo zginę! — ryczał wesoło. — Ten pędrak jest we mnie zakochany!

— To, to tak? — zapytała Irenka swego zrozpaczonego serca.

— Oj, skonam ze śmiechu! — darł się Zbyszek.

— Owszem! — krzyknęła Irenka. — Ty skonasz, ale nie ze śmiechu!

I zanim miał czas pojąć, co się stało, skoczyła ku niemu jak ryś na ogłupiałą ofiarę. W wielu bojach zaprawna, zręczna i silna, wparła się nogami w dywan, a dla równowagi — rękami w jego czuprynę. Zrozpaczona miłość, zamknąwszy oczy dla tym większej odwagi, zaczęła go okładać z cudowną pomysłowością, a jemu zdawało się, że spadł na niego grad wielkości gęsich jaj. Ona pokrzykiwała czasem głucho jak Amazonka, co pragnie zabić ducha we wrogu, a melancholik, broniąc się rękami i nogami, stchórzył w małym, robaczywym sercu i zaczął drzeć się jak opętany.