— To za Gretę Garbo! A to za Lilianę! — zapowiadała Irenka każdy cios, aby nie było pomyłki, który pada za którą.
Pani Opolska i pani Milecka wpadły przerażone do pokoju i stanęły jak wryte.
— Co tu się dzieje? — krzyknęła pani Milecka.
Nikt jej nie odpowiedział, bo każdy widział, co się dzieje. W tej chwili kanapa, zadrżawszy na czterech nogach jak zmordowany koń, zwaliła się z wielkim trzaskiem, a zrozpaczona miłość w dalszym ciągu tłukła czarną zdradę już bez wyboru miejsca, na oślep i bez wytchnienia.
Połączonym siłom, które przybiegły na plac boju, udało się z trudem rozdzielić gladiatorów, z których jeden z roziskrzonymi oczami i z rozdętymi chrapami drżał, pomściwszy swoją krzywdę serdeczną, a drugi wyobrażał obraz nędzy i rozpaczy — blady, pobity, zhańbiony do końca swoich dni. Na domiar wszystkiego pani Opolska, zrozumiawszy, że tu krzywdzą Irenkę, rzuciła na najbliższe krzesło swoją wytworność i niczym lwica postąpiła ku Zbyszkowi, jakby chciała zemścić się za swoje lwiątko. Lwiątko jednak rzekło zdyszanym głosem.
— Niech mu babcia da spokój! Ja to już zrobiłam dokładnie!
— Podła! Podła! Podła! — darł się Zbyszek, uciekając do swego pokoju.
— Pogadaj z piecem! — mruknęła Irenka, której już „przeszło”.
Potem, nieco bezładnie, zaczęła wyjaśniać zdumionej i zawstydzonej pani Mileckiej, że miała ze Zbyszkiem krwawe porachunki, ale nie może powiedzieć, na jaki temat, i serdecznie ją błaga, aby się nie gniewała, że z jej rodzonego syna uczyniła kwaśne jabłko.
— Przyda mu się to — rzekła pani Milecka, bardzo niezadowolona z syna.