Pociąg pomknął szybko w doliny, szerokie i smętne, pełne mgieł i smutnej, rozwydrzonej zimy — nie takiej jak ta, co w górach toczy po niebie złotą kulę słońca.

Irenka, jadąca po raz pierwszy w życiu w wagonie sypialnym, nie mogła długo usnąć. Wracała lekka, wesoła i szczęśliwa. Każdy obrót żelaznych kół zbliżał ją do ukochanej gromadki, wypatrującej oczy. „Śmiertelna” miłość przeszła jej już zupełnie, wobec czego Irenka doszła do przekonania, że to nie była ciężka choroba, tylko lekka „wysypka”.

„Zbyszek nie był wart niezmiernej mojej męczarni” — rzekła sobie, ziewnąwszy, i usiłowała machnąć ręką, ale nie chciało się jej wyciągnąć dłoni spod okrycia. Wobec tego usnęła. Śniło się jej, że śpi na poduszce wypchanej nie pierzem, lecz skalpem Zbyszka.

Obudziła się dopiero przed Warszawą z wielkim krzykiem:

— Jak to? To już? Ledwie zmrużyłam oczy.

Po upływie pół godziny wchodziła do pałacyku pani Opolskiej.

Stary lokaj, przywitawszy z chłodnym szacunkiem panią hrabinę, ciekawie zaczął przyglądać się Irence.

— Pan mnie nie poznaje? — zaśmiała się Irenka.

— Nie, panienko... Zaraz... Zaraz...

— Przed dwoma tygodniami!