Pani Opolska miała jeszcze kilka rzeczy do załatwienia; musiały to być sprawy bardzo ważne, bo zamyślona chodziła długo po pokoju, a potem rozmawiała przez telefon. Irenka słyszała, że prosi do telefonu jakiegoś adwokata, ale zmartwiona odłożyła słuchawkę.

— Masz tobie — rzekła. — Mój adwokat wyjechał, a ja za wszelką cenę muszę z nim mówić jeszcze dzisiaj.

— Babuniu... — szepnęła Irenka. — Jeżeli o to idzie, ja babuni wytrzasnę adwokata za pięć minut.

— A któż to taki?

— Największy adwokat na świecie, tylko że nie ma szczęścia. Gdybym miała wielkie sprawy, tylko jego pytałabym o radę. To pan Podkówka.

— Ach, to twój dawny nauczyciel?

— I nauczyciel, i przyjaciel, i opiekun. Strasznie go kocham, chociaż to wielki cygan. Ja babuni opowiadałam, jakie on zrobił szachrajstwo z biletem kolejowym do Zakopanego.

— Prawda! — zaśmiała się pani Opolska. — Dawaj go tutaj, tego adwokata.

Pan Podkówka, wezwany do telefonu, najpierw na długo zaniemówił, usłyszawszy głos Irenki. Kiedy zaś dowiedział się, że go wzywa pani Opolska w sprawach urzędowych, obalił stół razem z telefonem, po drodze omal nie wywrócił rodzonej matki, jak okręt na rafę wpadł na żonę i krzyknąwszy zdławionym głosem: „Pierwsza sprawa!”, biegł pędem, wdziewając na schodach płaszcz.

— Mój syn zwariował — zapłakała matka wielkim głosem.