Triumf Irenki był wspaniały: zjednoczyła wszystkie serca. Dom doktora był pełen gwaru, śmiechów, gadaniny, płaczów, opowiadań, wzruszeń i miłości. Ciotka Amelia promieniała, jakby odmłodzona, mały Jaś wylazł po drabinie zachwyceń aż do siódmego nieba, obdarowany hojnie książkami i zabawkami, którymi raduje się wiek cielęcy. Jedynie doktor wałęsał się, niemalże przerażony, i była taka chwila, że chciał uciec z własnego domu. Uradował się nieprzytomnie wszystkim tym, co się stało; po swojemu, dziwacznym językiem podziękował Panu Bogu, że jego ukochana Irenka, ślicznie odziana, śmieje się w głos, niewypowiedzianie szczęśliwa, i że pani Borowska mogła uśmiechnąć się, spokojna. Stary samotnik i przezacny oryginał przestraszył się zgiełku i towarzyskiego życia. Z trwożnym lękiem patrzył na panią Opolską, przekonawszy się zaś, że nie może jej zastrzelić, jak to groźnie zapowiadał, i że musi jej być wdzięczny za tych, których kochał, uznał, że jako człowiek niezwykłej kultury musi przez czas pobytu osoby tak wytwornej, jak pani Opolska, stać się równie wytworny. I to przerażało go najbardziej. Uciec nie ma dokąd; zresztą nie wypada, aby gospodarz uciekał, a gości zostawiał w rozterce.

— Kobieta do rzeczy, chociaż hrabina — rzekł sobie głośno — a Irenka ma zbrodniczą duszę.

Irenka bowiem, przedstawiając go pani Opolskiej, mówiła wzruszona:

— A to jest pan doktor Lipień, który własnym sercem nakarmiłby głodnego... Ostatnią oddałby koszulę... Taki dobry, kochany...

I w bek. A on spłonił się jak róża najbardziej purpurowa. Stał jak żak, niewypowiedzianie zawstydzony i nie umiał wydusić z siebie ani jednego słowa. Pani Opolska ściskała jego ręce i powtarzała szeptem: „Niech pana Bóg wynagrodzi... Niech pana Bóg wynagrodzi”. Chciał zapaść się pod ziemię z tego powodu, że on, filozof, któremu służyło siedemdziesięciu siedmiu szatanów, porażony łzami tej zwariowanej Irenki, stał jak kołek z dębowego drzewa. Musiał przyznać, że serce zaśpiewało w nim z wielkiej, najszczęśliwszej radości — ale co tam serce, kiedy nogi, chude, patykowate, głupie nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Nie mógł postąpić kroku, tylko stał w purpurze rumieńca, oszołomiony, nieśmiały, pełen rozpaczy. Postanowił więc naprawić złe wrażenie. Stanął przed lustrem w swoim gabinecie, splunął na nie i z groźnym mruknięciem: „Przeklęte muchy!”, wytarł je chustką do nosa. Przyjrzał się sobie uważnie i z litościwym uśmiechem, nakrapianym boleścią, westchnął:

— Tej gębie nic już nie pomoże. Stary but jest równie przystojny...

Zakrzątnął się więc, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, aby przynajmniej świetnym strojem wzmóc wytworność swojej figury. Odnalazł krawat, czerwony i płomienisty, i przewiązał go tak przemyślnie przez kołnierzyk, bardzo rogaty, że tylko Aleksander Macedoński106 mógłby rozwikła węzeł cięciem miecza. W krawat wbił złotą szpilkę, kształtu końskiej podkowy, a tak wspaniałej, że można nią było okuć małego huculskiego konika107. Koszulę wyszukał niebieską, w misterne białe groszki, po czym ubranie wdział uroczyste, w którym pragnął być pochowany. Mankiety przypiął do koszuli białe i od święta płócienne i ozdobił je spinkami niebywałej wspaniałości i ogromu. Były to talerze ze złotej blachy, zaopatrzone w kółka takie, jakie na potężnych przybijają bramach. Nieskończenie wytwornego stroju dopełniały kamasze108, jaskrawożółte jak ludzka zawiść.

Tak strojny, oblekł twarz w powagę i poszedł pełnić rolę gospodarza przy bogatej wieczerzy, obmyślonej starannie na wzór dworskich uczt. Wielkie święto zbratania nie mogło się obyć bez wielkiej uczty, a hrabina nie mogła — wedle roztropnego pomysłu doktora — obejść się bez lokaja. W tym celu wypożyczył doktor chłopca do posług z zaprzyjaźnionej knajpy i długo go pouczał, że palca nie należy wsadzać do talerza z zupą nie dlatego, że zupa może być gorąca, lecz że nie jest to w zwyczaju w wielkim świecie. Znakomity lokaj w czarnym obleczeniu i w białych rękawiczkach, które jeden starozakonny109 całym pokoleniom wypożyczał do ślubu, obiecał posłuszeństwo i rozwagę.

Irenka, ujrzawszy doktora, aż zawyła z radości:

— Boże, jaki wujaszek jest śliczny!