— Jak ciebie kocham!

Irenka robiła bardzo wielkie trudności, ale dała wreszcie ubłagać się namiętnym jego szeptom.

— Siadaj tutaj i ani mi się waż ruszyć. Wtedy możesz dopiero poruszyć rękami, kiedy zobaczysz dwa złote kurczęta. Zresztą ja będę niedaleko i kiedy będzie trzeba, wtedy przyjdę.

Jaś usiadł na krzesełku i ostrożnie trzymał w dłoniach złote kurze czarodziejstwo. Na twarzy miał rumieńce, a w oczach zachwyt. Nie widział nawet, jak Irenka przyłożeniem palca do ust zaleca mu straszliwe milczenie. Jaś nie byłby głębiej odetchnął, gdyby nawet widział, że dom się nad nim pali.

Został sam z wielką tajemnicą, a słodka cisza spłynęła na dom.

— Nie przeszkadzajcie Jasiowi — oznajmiła Irenka wszystkim zainteresowanym. — Teraz będzie spokój.

Sama zajęła się geografią i wypłynąwszy na dalekie morza, zapomniała o rodzinnej ziemi. Minęła godzina — jedna i druga — nad Polską był już senny i lepki od śniegu zmierzch, a ona w pełnym słońcu krążyła pośród cudownych, koralowych wysepek Archipelagu Polinezyjskiego66, gdzie wiatr szumi wśród palm, a senne morze rzuca perłowe blaski. Nagle usłyszała groźny okrzyk z dalekiej, dalekiej Polski:

— Jasiu, na Boga, co się z tobą dzieje?

Palmy przestały szeleścić, a perłowe morze — szumieć.

— O, rany! — szepnęła Irenka. — Na śmierć zapomniałam!