Pani Borowska pobiegła oczywiście za nim, a ciotki spojrzały na Irenkę z wyrzutem.
Ojciec nic nie rozumiał i wydał straszliwy wyrok, że jeśli Jaś nie jest chory i tylko grymasi, będzie jadł jaja na miękko aż do odwołania; wobec tego zrobiono biednego Jasia chorym na jeden dzień i Irence upiekło się. Jaś jednakże powiedział jej nazajutrz groźnie:
— Jeżeli myślisz, że mnie ocyganisz z leguminą za dzisiaj, to grubo się mylisz. Dzisiejszy dzień nie jest ważny, bo mi nic nie dadzą jeść, ale od jutra zaczyna się tydzień.
— Nie było tego w umowie — odpowiedziała Irenka. — Ale niech ci będzie, znaj pana!
I już tego samego dnia Jaś pożarł chyłkiem dwie leguminy, co go od razu podniosło z łoża boleści. Na widok jajek jednakże słaniał się przez czas długi i był bliski omdlenia.
Zapomniano wkrótce o tej smętnej historii.
Zima wlokła się ciężko, bo jej nogi spętał lód, więc nie mogła odejść. Wszystko zamarzło i wszystko było senne, tylko troski pana Borowskiego nie zamarzły jak rwący, górski potok. Nie mógł sprzedać zboża, a miał jakieś pilne wypłaty. Wciąż jeździł po okolicy i do miasteczka, a zaledwie powrócił — znowu wyjeżdżał. Irenka, siedząc w wielkiej ciszy nad książką, usłyszała, jak ojciec mówi do matki zatroskanym i bardzo zmęczonym głosem:
— Muszę jutro zapłacić trzysta złotych. Skąd ja to wezmę, skąd ja to wezmę?
— Nie mogą poczekać? — zapytała matka.
— Prosiłem, błagałem, wszystko na nic. Już i tak dano mi spokój przez dwa miesiące. Ale jutro zapłacić muszę. Myślałem, że sprzedam żyto, ale nikt kupić nie chce. Co ja zrobię, Boże drogi...